To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
~ Smoki Wolnych Stad
Rozwiń skrzydła i leć z nami!

Bliźniacze Skały - Szumiąca Dolina

Posępny Czerep - 2020-05-06, 19:27

Była już naprawdę głodna, niemal słaniała się na własnych łapach. Jakiś wewnętrzny upór kazał jej odkładać to, niemal jakby chciała się ukarać. Kto wie, co siedziało jej w głowie?
Ostatecznie jednak przybyła na jedną ze swych ulubionych Dolin, by unieść wysoko łeb i zaryczeć nagląco. Ależ to było dziwne, znaleźć się po ten stronie społeczeństwa.
Burofutra przysiadła, układając skrzydła na trawie i grzejąc je na słońcu. Przyszło jej czekać, więc czekała. Biała, zamknięta paszcza zwrócona była nieco w górę, jakby spodziewała się, że odpowiedź raczej przybędzie z powietrza. Nagi ogon zwinął się w pętelkę nieopodal łap, dziwnie niechętny, by utulić je w uścisku przyzwyczajenia.

Zwyczaje Zamieci - 2020-05-06, 20:38

Zapach pieczonego mięsa, jakie to jeszcze gorącem buchało i tłuszczem lekko ociekało z boków, rozwiał się po okolicy z szumem doliny. Coś zaćwierkało w oddali, coś zaszeleściło mocniej od wszystkich liści i gałęzi... aż wreszcie, wśród chmur i niepokaźnego światła dnia, dwie sylwetki ukazały się w pełni. Na czele błękit, w tle krwista czerwień i nie kołowali długo; zlatywali z niebios jak zbawienie w opowieściach lub po prostu jak dwójka doświadczonych kurierów z delikatną przesyłką w łapach.
Wielka, mocarna harpia z oczyma jak bursztyny zeszła na ziemię niepozornie. Puściła z zębów mieszek, wreszcie capiąc w wielką dłoń i położyła za sobą, poza widokiem Ognistej. Sakwy przy pasie zabujały się mimowolnie. Harpia sapnęła. Jej koścista twarz nie zmieniła wyrazu, gdy puściła ze szponów wyrosłe karczycho łosia (4/4). Truchło plasnęło o trawę, przypieczone na rantach i ledwo co obrobione, acz trudem było spojrzeć na nie, jeżeli przed nim na miarę strażnika stała pierzasta istota o estymie samca. Rebhfrua nadął pierś, ściągając pas z brzdękiem metalu. Za nic nie zmieniał kierunku, w którym patrzył. Miało się wrażenie, że jego oczy przeszywały na wskroś wojowniczkę Ognia. Okrężnym ruchem barków poprawił gargantuiczną szatę z piżmowołu, jaka zafurkotała szlachetnie, po czym pochylił lekko głowę. Zapoczątkowało to jego skrótowy ukłon... a drapieżnik mruknął, śląc krótki uśmiech.
Raptem spod szaty wyleciał pisklak w kapturze. Pędem małe łapki kładły kamienne misy, stukając rantami jedna o drugą. Zgoła nie dało się dojrzeć jej oczu, ni reszty pyska, tylko sam nos wystawał, drżąc leniwie. Majestatyczna, młoda postać przemykała pod szafirowymi skrzydłami patrona. Kręciła się jak fryga, swawoląc ósemki i w momencie, w którym krzątała się przed oposem, zawsze zostawiała nowe naczynie. To nową misę do kolekcji, teraz szerszą, to coś na pozór wysokiej rurki w pionie, to długą, dębową korę.
- Masz dobry dzień? - zagaiła, wyglądając lodowymi ślepiami spod kaptura.
Gdy łowczyni skończyła, przed Aank widniały razem trzy kamienne misę, jedna malutka, dębowa, dwa kubki - jeden naprawdę będący kubkiem, drugi będący drewnianą rurką - oraz ogromny płat kory. Smoczyca wgryzła się w łosia, przenosząc go na korę. Spoglądając pokątnie na północną siostrę, rozwarła wybebeszonego łosia. Ledwo co zwierzyniec zdołał odlać krew, a już musiał być podawany; Rebhfrua podał jej jedną sakwę, a sam zajął się wypełnianiem innych naczyń. Wydawało się, że ich ruchy są naprzemienne. Najpierw czerwonowłosa z sakwy wyciągnęła szałwię i wkładała pod żebra łosia. Po tym Rebhfrua w szpony wziął podłużne naczynie i z sakwy wyjął fiolkę, w której mieściła się przegotowana krew z dodatkiem dzikiej róży dla słodkiego posmaku - albo jako sos, albo jako popitka. Następnie sięgnął po większą fiolkę z najzwyczajniejszą, krystaliczną wodą górską ze źródła Łagodnych Szczytów i plusnęła ona o dno kamiennego kubka, niezgrabnie rozchlapując się po okolicy.
W tym samym czasie Sroga dosięgła sakwy przy pasie, jaki leżał tuż obok niej i ze środka poczęła wyciągać gotowane na wolnym ogniu jelita. Były pięknie zaróżowione, lecz młoda nie przykładała do nich większej uwagi. Pędem wylądowały w pierwszej misie i z sakwy, jaką osobiście podała jej harpia, łowczyni wyjęła naręcze posiekanej opieńki miodowej; chyba przyprawy z najbardziej podzieloną opinią wśród Skjorskich PK. Skruszyła w łapce koniczynkę łąkową, wrzucając do misy i tak oto podane jelita podsunęła pod ryj oposowi.
Harpia do drugiej miski wrzuciła przesmażone na kamieniu nerki oraz wątrobę łosia wraz z czosnkiem niedźwiedzim, a do trzeciej wątroba i surowe płuca do kolekcji.
Usiedli, odsunąwszy się o trzy kroki i patrzyli z wyczekiwaniem na degustację. Młódka ponagliła Ognistą, błyskając bogatą kolekcją kłów. Zdjęła bez skrępowania kaptur, ukazując się cała, strzygła uchem w zainteresowaniu i powstrzymywała pysk od większego uśmiechu niecierpliwości.

Posępny Czerep - 2020-05-06, 21:39

Przyzwyczajona do prostoty otaczającego ją świata - smoczyca spoglądała na cały spektakl z niemałym zdziwieniem. Ledwo zdążyła ukłonić łeb przed niespotykaną dwójką, a zanim przedstawiłaby się - ci zaczęli rozkładać miski i ich zawartości, roztaczając wokół niezwykle przyjemną woń i jeszcze intensywniejszą dywersję.
Napięte łapy smoczycy nieco drżały, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, lub też nie mogła się doczekać, by skoczyć w objęcia radosnego posiłku... Ślepia mierzyły się z tymi należącymi do harpii, próbowały zrozumieć - skąd jeden ze stworów, które, ubogie z spryt - pokonywała w Łowczej walce - teraz stał przed nią, niemal komunikując się wzrokiem i wręcz zdając się sprawować protektorat nad niesamowicie drobna, uwijającą się jak łasice smoczą istotą. Dwa stworzenia wydawały się połączone silą syntezą. Bez słowa współpracowały, oszałamiając biedną Presję, która podkuliła przednie łapy pod pierś, niecierpliwie skubiąc swoje futerko.
Dopiero zaczepny głos smoka okrytego jakąś skórą wyrwał ją z tej drobnej udręki.
Zaśmiała się niepewnie, cicho, a jej głos szybko się urwał. Jakby nie chciała pozwolić wyrwać się dźwiękowi, albo jakby nic innego nie przyszło jej do głowy. Nie wiedziała jak odpowiedzieć. Właściwie wciąż ciężko było jej oderwać wzrok od niesamowitej uczty.
- Najwyraźniej właśnie zaczyna być dobry. - Powiedziała, wymownie unosząc brodę w kierunku łosia. Nieświadomie oblizała boczną wargę, ledwo panując nad śliną napływającą wzdłuż języka. - Pół żywota służyłam jako Łowca. Ale nawet u samego Thahara nie widziałam uczty równie wspaniałej. Ja... - Urwała, bo to co przychodziło jej do głowy, wydało się po prostu głupie. "Nie zasłużyłam"? "Dziękuję"? Nah. Widać przecież było, że jest wdzięczna, a słowa, dla obcego smoka - wcale nie musiały mieć wartości.
Wiedziała za to co innego mogło mieć. Potrzebowała jednak chwili.
Zabrała się za jedzenie, wpierw ciesząc nozdrza aromatem, badając wszystko po trochu. Tu chwyciła część mięsiwa między zęby, tam ozorem mlasnęła pod powierzchnię nasyconej kwieciem krwi, tu popiła wodą. Właściwie nie wiedziała, czemu nikt nie wpadł na to, by chociaż wody zaproponować do posiłku... Przyjemniej było zwilżyć gardło i otrzeć z juchy pysk.
Niesamowitym przysmakiem okazały się dla niej podpieczone podroby. Wpierw jakby ostrożnie chwyciła jeden z fragmentów w szpony, szarpiąc niepewnie łbem koralik jelit. Niemalże łypiąc nieufnie na kucharzy... By zaraz z widoczną radością jak byle przekąski rzucić w wir zębisk kolejne narządy wewnętrzne, ledwo pilnując się, by każdy porządnie przegryźć.
Znać było, że smok walczy między swym wielkim głodem i apetytem godnym władcy drapieżników - a tym, do czego pchała go kreatywna, inteligentna natura. Cierpliwą degustacją.
Może dlatego, że jadła wolniej, niż zwykle - a może dzięki uroczym dodatkom - Aank ledwo zdołała wcisnąć w siebie całość [4/4], tęsknie patrząc za nie obranymi do reszty żebrami nie małej ofiary. Wyglądała na naprawdę zadowoloną.

Uśmiechnęła się, przymykając oczy, a jedną łapę unosząc, z podniesionym palcem, zamierając na krótką chwilę w tym geście i tym samym prosząc o oczekiwanie. Te same, niezwykle chwytne, delikatne jak na smoka palce - sięgnęły drugą dłonią do zawieszonego u szyi mieszka, by po chwili gmerania chwycić coś, czemu oposowa przyjrzała się jeszcze na moment do słońca, by następnie z uśmiechem włożyć to kubła, w którym wcześniej była woda.
Ukłoniła nisko łeb.
- Dziękuję. Oby śpiewali pieśni o stworzenia zdolnych jak wasza dwójka. Czyje imiona mam rozsławiać w Ogniu? - Spytała jeszcze, wstając, choć nieco wstyd było pokazać tak ociężały brzuch. - Gdybyście spotkali na polowaniu coś przerastającego dwie pary pazurów, to wołajcie Aank, Perspektywę Wieczności. - Rzuciła, szczerząc lekko kiełki i powoli zmierzając w swoją stronę.
Gdy któreś z Plagijczyków zajrzałoby do kubka - refleks światła załamałby się, tworząc migoczący pryzmat w środku naczynia. Mleczny opal o różowym płomieniu radośnie turlał się w jego wnętrzu.

//Opal dla Vigg :D

Zwyczaje Zamieci - 2020-05-08, 12:52

Słowa pochodzące od wojowniczki pokrzepiały ich serca, a w szczególności serducho młodej kadetki buszowania w buczynach. Po koniuszki uszu poczerwieniała jeszcze bardziej i z rozweselonym wyszczerzem chciała odpowiedzieć... ale Dadu odebrał jej głos z piersi. W zawstydzeniu złapała się za kufę, głaszcząc bliznę na ustach i nawet Rebhfrua obok nie mógł powstrzymać się od lekkiego uśmiechu. W przeciwieństwie do młódki nie popadł w tiki, po prostu z pokorą patrzył, leniwie uświadamiając sobie porównanie ich obojga do samego boga biesiad.
Patrzyli z niezmiernym zaciekawieniem na to, jak wojowniczka pochłania przygotowane jedzenie, łakomie rozkoszuje się bogatym wachlarzem smaków oraz aromatów, o jaki przecież im chodziło. Na twarzy Rebhfruy przejawiała się kontrastująca z młódką niechętna wyższość wraz ze zdystansowaniem się; lecz była to maska szkodliwa, bo nieprawdziwa w swoim majestacie. Harpia cieszyła się z samego faktu, że północna samica naprzeciwko walczy z pierwotną chęcią spałaszowania wszystkiego w trymiga. Znów zniżył głowę, gdy ta łypnęła nieufnie, zaś Sroga zachichotała dziewczęco, nie kryjąc ubawu, jakim było oglądanie jedzących smoków. Jednakże czekali tylko na jedno - i zanim ono nastało, palec sterczał w górze, a niebieskie oczy łowczyni rozwarły się w podekscytowaniu. Ogon sam latał na boki, gdzie Rebhfrua stabilnie siedział, ino źrenicami podążając za sygnałem.
W odpowiedzi także ukłonili się, wszak młódka nie miała na tyle siły by ograniczać swoje nadmierne podekscytowanie. Jęła radośnie, drżąc ogonem na tyłach:
- Viggrod Selva i Rebhfrua Khvalen o przydomku Dwojakich. Jako łowcy jesteśmy Zwyczajami Zamieci - też nas wołaj w potrzebie, jeżeli taka najdzie; przybędziemy szybciej od wygłodniałych kun.
Siedzieli jeszcze długo, patrząc wdzięcznie za jej znikającą sylwetką. Towarzysz wstał jako pierwszy, zbierając z chrzęstem szponów oraz szelestem skrzydeł naczynia. Podniósł łuk brwiowy, bowiem... w kubku znalazł zapłatę. Nim pierwszy Zwyczaj zrozumiał o co chodzi, drugi zamrugał w skonfundowaniu, zakręciwszy kubkiem w dłoni, acz wreszcie wyprostował się i wyjrzał za Aank.
- Niech wiatry żłobią twe ścieżki! - podniósł dźwięczny głos za jej cieniem, unosząc w toaście kubeł.
- Co to? - spytała łowczyni, wkładając misę do sakwy.
- Napiwek - odpowiedział.
Odjęło jej mowę raz jeszcze; zaśmiała się, kręcąc łapami dziecinnie, lecz nawet gdyby chciała podziękować wojowniczce, dogonić ją i uznać zapłatę za zbędną, gdyż tamta spłaciła wszystko swoim entuzjazmem - ognista była dalej niż to warte. Szeptali między sobą pochlebnie, już konwersując normalnie, aczkolwiek nie minęło długo aż sami wyfrunęli w stronę Plagi.

//zt; dziękuję Ci bardzo!!

Błękit Nieba - 2020-05-11, 18:28

Samica zaśmiałą się! widziała go pierwszy raz ale ten zapach poznałaby wszedzie. A dlaczego? zaraz się dowie!
-Czułam ten zapach na mojej opiekunce i cioci. Pewnie znasz..Przebłysk Wspomnień? - Zachichotała bardzo wesoło machając ogonem z lewej strony na prawą. Była pełna emocji.
-W sumie nie widziałam jeszcze takiego smoka jak ty. - Zauważyła. Miał ciekawe barwy i jeszcze ciekawszą budowę. Ale to nie było tak ważne!
-Porobimy coś fajnego? Co chcesz porobić?
Czy to sie gdzieś da wyłączyć? Ta mała zaświergota go chyba na śmierć! Tak kompletnie!

Oblubieniec Ładu - 2020-07-04, 23:15

//minęły dwa miesiące, biorę temat
     Kroki były coraz głośniejsze. Zlewały się. Trawa chrzęściła pod nogami. Krótkie sapnięcia. Uderzenia. Ból w szczęce mroził krew w żyłach. Zimny pot lał się strugami po skroniach. Wybałuszone, czerwone oczy skakały z pnia na pień. Nogi dudniły o grunt. Mlaskały o błoto. Na przemian.
     Oddech świszczał w zębach. Dziwny posmak na języku. Elf zagryzł wargę, obijając kostką o korzeń. Zachwiał się, machał panicznie długimi łapskami i runął dalej, splunąwszy plwociną, choć ta strugą zlała się mu po brodzie.
     — Cholera, cholera, cholera, cholera, kur-- — powtarzał w amoku, ledwo co powstrzymując się od krzyku. Był to perfekcyjny balans strachu i paranoi. Czegoś, co można odkryć po przejściu przez bramę. I zimno spowiło go całego, a po drżącym głosie było słychać, że zaraz serce w piersi mu pęknie, a świat łamał się przed nim jak tyczka.
     Cienie lały się po nim plamami, co chwila chowając elfa w drzewach. Rośliny szemrały, a ten powoli przestawał patrzeć, co przed nim i co w ogóle się dzieje. Ino sapał, nie potrafiąc wcale złapać oddechu. Ustami ciurkał powietrze. Dusił się. Kasłał. Fala złotych dredów furkotała za nim. Gałąź trzasnęła. Rękaw się zerwał. Sakwa cała. Dzięki bogu. Nie było końca. Nie widział końca. Nie będzie końca. Tylko pot.

Apogeum Konfliktu - 2020-07-05, 16:04

Calad na prawdę nie przepadał wycieczek na wspólne tereny od kiedy zmienił stado. Teraz jednak musiał to uczynić inaczej nie byłoby mowy o dostaniu w swoje łapska alkoholu, który produkowała ta kupczyni spoza barier. Miał całkiem przyjemny smak... dwie godziny temu, bo teraz przez to słońce jego łeb pulsował bólem. Na cholerę wypił tyle w pełnym słońcu?
Na szczęście miał na to jakieś lekarstwo. Cień w dolinie i palenie zioła, które otępiało ból tak fizyczny jak i psychiczny.
Łowca siedział pomiędzy gęstymi krzakami i tylko dym zdradzał jego położenie. Spokojny wiatr ruszał liśćmi nad jego łbem i było spokojnie. Do czasu, aż nie dosłyszał jakiegoś szeleszczenia. Pierwsza myśl... Inny smok, bo przecież na terenach wspólnych nie było zwierzyny łownej, a ta drapieżna też wolała nie ryzykować w tych terenach, gdyż piskląt było niewiele, a tym bardziej bez opieki. Wyjrzał z krzaków i dojrzał biegnącą postać humanoida.
Tutaj?! Łowca zerwał się z miejsca i wyskoczył spomiędzy gęstych krzewów, pobiegł tak, aby zagrodzić drogę istocie i to już z głośnym warkotem. Widywał humanoidy, jednak ostatnimi czasy bardzo chętnie zrobiłby im krzywdę za samo istnienie. Ich wygląd przypominał mu o tym co zrobili jego byłej partnerce... niezależnie od tego czy mięli dłuższe uszy i byli nieco wyżsi.

Oblubieniec Ładu - 2020-07-07, 00:08

     W huku zgasły światła. Słońce skryło się w szmerze za chmurą i bose stopy elfa szurnęły głośno o ziemię. Zatrząsł się cały jak na krześle elektrycznym, nagle związany do oparcia i wstrzyknięty podstawową dozą. Zbledł nagle, a oczy jak monety zabłyszczały, wątle tląc się pod wygiętym łukiem brwiowym. I stał tak, na miarę pomnika, nie mogąc wystękać ani słowa, ani czegokolwiek, co można zrozumieć. Mrużył co chwila oczy, a w tych chwilach stawał się zwyczajnie twarzą bez oczu, wąską i wygiętą w grymasie anormalnego strachu.
     Zakasłał cierpko. Ślina trysnęła mu z wąskich warg gdy krzyknął szeptem:
     — Sio! — Machnął, a ramię pociągnęło ciało za sobą. Elf zachwiał się na nogach, wypluwając płuca: — N-nie mogę tak umrzeć, zsuń się!
     Zamoczył prędko palec w ciemności sakwy, a żółty proszek oblepił roztrzęsiony opuszek - a opuszek prędko wylądował pod nosem, sprawiając, że proch zniknął trymiga. Zaciągnął się szybko i równie szybko oczy zmieniły mu kolor z jasnoniebieskich na purpurowe, oblewając twarz rumieńcem; i strach wykręcił się w obrzydliwą panikę, okręcając twarz do tyłu.
     — Lepiej się r-rusz bo oboje zginiemy — dorzucił, gotując się w miejscu, tuptając bezsilnie, chcąc przejść dalej; lecz coś mu nie pozwalało, jak bariera. Więc rozglądał się panicznie, czując, jak coś mu na kark spływa. Długa dłoń trzaskała plasknięciem o kark, miarowo sprawiając, że dźwięk ten stał się tłem dla Doliny.

Apogeum Konfliktu - 2020-07-08, 05:41

Przez chwilę wydawał się być po prostu przerażony ten elf, ale w miarę jak był bliżej to coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to nie jest normalne zachowanie nawet jak na humanoida. Całość dopięła jeszcze historię w to coś co wciągnął nosem. Kolejna używka i to jeszcze elfia. Czy mogło być coś gorszego w danej chwili, kiedy miało się świadomość tego, że być może właśnie takim proszkiem odurzono mu samicę i zgwałcono? Sprawa elfa w jedną chwilę stała się zdecydowanie bardziej osobista, niż mógłby długouchy podejrzewać.
Calad starał się wypatrzeć przy nim broń. Elf był niebezpieczny z tymi metalowymi broniami, ale jeśli miałby mieć gołe ręce...? To co go powstrzyma przed zadaniem mu jednego porządnego ciosu, który pozbawi go być może łba?
- Gdzieś mam to przed kim uciekasz. Rusz się dalej, a oderwę Ci nogę i będę obserwował jak próbujesz uciec na jednej.
Rzekł spokojnym głosem bez poruszenia nawet kącika pyska w geście uśmiechu. Przez chwilę myślał co miałby zrobić elfowi w danej chwili i czego zażądać. W sumie na tą chwilę to jedynym rozwiązaniem była śmierć tego humanoida. Otrzyma to co chciał- jego rzeczy, łeb i święty spokój...
- Wszedłeś bardzo głęboko w tereny smoków, obyś miał jakąś lepszą wymówkę, niż 'ucieczka' przed czymś...
Calad i tak wykazał się przezornością. Matka by się w grobie przewróciła, a tym bardziej jego partnerka, gdyby się dowiedziała o tym, iż dał szansę takiemu jegomościowi na wytłumaczenie się.

Oblubieniec Ładu - 2020-07-10, 22:19

     Krople potu spływały mu po czole w momencie, w jakim nachylił się i dłoń ułożył na biodrze. Czuł każdy skrawek mięśnia na swojej twarzy a skóra nagle skórczyła się, eksponując każdą rysę przy kości. Poliki wyszły mu jak u rozdymki, zaś oczy malały z każdym charczącym oddechem elfa.
     — Nie wyglądasz mi wystarczająco na smoka — wycedził, rżnąc zębami. Jego grymas wyrażał więcej niż pewność siebie; dumę z bycia humanoidem wyższego sortu. I jakaś zaklęta wiedza mignęła w fioletowych oczach, jakie rzuciły się do sakwy. — Smoki nie mówią, a jak już to mądrze. Smoki nie palą, n-najwyżej oddechem. Uważasz się za smoka?
     Uniósł sakiewkę pędem i capnął pył jak przyprawę, tak delikatnie, jakby złapał sól - z ręką wyprostowaną zrobił ogromny krok, śmiejąc się przy tym jakby wypaliło mu gardło. Nie bał się, choć w źrenicach tliła się panika uciekającego zająca. Elf sypnął pyłem wprost w nozdrza smoka, chyląc się przed nim delikatnie, jak gdyby przyklękając.
     Złote dredy przysłoniły mu twarz, gdy ją pochylił w hołdzie. Złapał się za kolano i półgębkiem mówił, zaś ślina uciekała mu ruczajem z ust:
     — Możesz mi odciąć nożem tą nogę, smoku. U-u-u-u-ci-cieknę mimo to. Nie dogonią mnie. Ciebie pożrą.
     A Apogeum mógł czuć jak łapy mu więdną jakby piorunem dostał, uprzednio przywiązany do pnia. Niecodzienne ciepło łupiło oczy od wewnątrz, a nozdrza iskrzyły jakby dwoma ogniskami się stały.
     — Zginiemy — rzucił szeptem, unosząc purpurę spod brwi. — Ale ty pierwszy, jeśli mnie zabijesz. Nie dogonią nas, jeśli skończysz być smokiem w swoim mniemaniu. Nie dogonią nas... jeśli się poddasz uczuciu.
     I nagle grunt pod łapami Calada zgiął się wpół, zapachem przypominając futro zmoczone przez ocean, wirując leniwie.

Apogeum Konfliktu - 2020-07-12, 22:10

Poddasz uczuciu?! Calad nigdy nie zażył niczego oprócz zielska, które tępiło złe myśli... no i alkoholu, który pozwalał niekiedy zapomnieć i niekiedy jeszcze bardziej powiększyć cierpienie... Chociaż w drugim przypadku dodawało się więcej alkoholu i całość zanikała w niepamięci, gdzie potem to wszystko zwyczajnie zwracał następnego poranka. Był widocznie zbyt ociężały, aby uniknąć i przewidzieć ruch elfa... a szkoda.
Teraz dostał jakimś proszkiem w nozdrza i co mógł zrobić?! Początkowo oślepiony, nagle poczuł dziwne mrowienie, w gardle zaschło dziwnie i niemalże mógłby przysiąc, iż czuje narastającą zgagę i to umiejscowioną w górnej części gardła. W końcu ślepia się przyzwyczaiły, kichnął i spojrzał jak jego percepcja zaczyna wariować. Naturalnym odruchem było cofniecie się od zapadającego się świata i jego podświadomość krzyczała, że to nieprawda, w końcu nic takiego ni działo się na terenach wspólnych, ale jednak to... widział!
Z niemym przekleństwem cofnął się szybko, wpadł na drzewo za sobą i zdzielił je pazurami, widząc w nim potencjalnego wroga, a elf? Elf wydawał się być wrogiem? Przecież on tylko chciał żyć! Bogowie co on miał zrobić? Wydawało mu się, iż ta przepaść się przybliża, dlatego jeszcze raz rzucił wzrokiem na elfa i warcząc zaczął mijać drzewo. Jeśli Elf zacznie uciekać to i on pobiegnie za nim, nie! Obok niego, ale żeby mieć go w polu widzenia, bo przecież to on go w to wciągnął. Zapewne i on mógł go z tego wyciągnąć! Na słów jednak za brakło mu oddechu. W końcu też zrozumiał, ze do tej pory nie pociągnął ani razu powietrza, chociaż w nozdrzach czuł poruszanie się małych mrówek, które go gryzły, a potem... lizały? I to pewnie ich ślina teraz zaczynała mu się zbierać w tych nozdrzach, że aż smarkać się chciało?!

Oblubieniec Ładu - 2020-07-14, 10:32

     Grunt rzygnął. Bulgotanie tłamsiło wszystko.
     Nagle powietrze skropliło się w lemoniadę i kwaśny sok spływał po skroniach Calada, jak i strugami zasłaniał wysokie czoło elfa. I trzęsąca dłoń niczym w tango wyskoczyła z ramienia. Palce zadrżały, kapiąc skórą w kanion - a raptem widok długiego jak most ramienia, wiszącego lekko jak lina nad czeluścią, odsunął pustą twarz elfa, śmiejącą się do rozpuku. Śmiech dudnił, bardziej przypominając echo niż głos prawdziwy. Szum drzew rykiem się ostał, drapiąc o bębenki uszne. Liście poczęły splatać się nad głową Calada, a pnie z każdym oddechem ruszały się, jak gdyby empatycznie robiąc to ze smokiem. Zaś za kanionem purpura oczu lśniła jak dwie latarnie, wszystko plamiąc różem za wątłą sylwetką dredziarza.
     Ziemia zadrżała. Wchłaniała nadgarstki Apogeum. Pożerała, mierzwiąc swój kark. Spojrzawszy wgłąb kanionu, huk obejmował uszy. Ziemia na miarę wodospadu uderzała o nicość czerni, barwiąc się na kolor... łusek smoka. I wtedy ciało spięło się, niezależnie czy tego chciał, i kolor schodził cały, pozostawiając go szarego, a nawet... purpurowego po jednej stronie.
     — Słyszysz? — głos za nim kwiknął cicho. Ale nie było nikogo, tylko te drzewa, desperacko próbujące nadążyć za oddechem.
     Liście zaczęły żółknąć. Po prawej trzasnęło. Zaczęło buchać. Drobiny czerwonego piasku wirowały wokół palców, gorzko powielając ludzkie tańce. Ktoś szedł od prawej. I ogromny, mocarny cień pojawił się za bramą złotych krzaków, mniej lub bardziej owocowych, a haust powietrza, charczący i skrzekliwy, niczym wycie Yraio spowiło Dolinę.
     — Płyń do mnie — cieniutki głosik pisnął. Usta elfa nie nadążały za słowami, a wtem druga dłoń dołączyła się, ażeby zrobić most. I dwie nitki skóry wisiały niemrawo, skapując w zielono-brązowy wodospad o niebieskich plamkach, niknący w bezkresnej czerni. Zaś róż za elfem skakał jak dym z pieca, ustoinami oblepiając lico wołającego; a wołanie to łamało dęby jak paznokcie: — P-płyń! Musimy uciekać, na co czekasz?!

Apogeum Konfliktu - 2020-07-14, 22:53

Był jak we śnie. Nie miał pojęcia jak się tu znalazł, jak do tego doszło, iż teraz był akurat w takim przedziwnym miejscu, ale luka w pamięci była na tyle wypełniona, że zadawać sobie pytań nie musiał. Po prostu miał tu być i tyle.
Sen, halucynacje, obłąkanie wydawały się ratunkiem tu, gdzie świadomy udział mógł przynieść jedynie beznadziejność i cierpienie, teraz był w innym miejscu, stał się czymś innym... chyba... Nie pamiętał przed czym uciekać tak bardzo miał, ale pamiętał, że miał to robić... Tylko JAK?!
Jakby znalazł się w innym świecie. Miliony zapachów jednocześnie natarły na niego - ostre, słodkie, metaliczne, czułe, niebezpieczne, trwożne, ogromne jak góry, mikroskopijne jak pyłki, ciężkie jak kamienie, subtelne i skomplikowane jak narządy wewnętrzne. Powietrze się zmieniało w płyn, żeby pewnie później stwardniało, wykrystalizowały się w nim krawędzie, płaszczyzny, kąty, jakby przestrzeń wypełniały ogromne, szorstkie kule, śliskie ostrosłupy, gigantyczne graniaste kryształy i przez to wszystko miałby się przedzierać? Jakby poruszał się w świecie ludzkim pełnym cudacznych mebli, które sypią mu się na łeb, a zarazem jego łapy stąpają po niestabilnym stropie na który nałożono bardzo gruby, futrzarzy dywan, który zarazem śmierdział nim samym. To nie był odmienny świat i powoli to do niego docierało. To świat znany, codzienny, zwrócił się ku Caladowi inną, nieznaną stroną!
Smok spojrzał na ten most, który łączył go z odległym elfem, stracił kolory, czuł że robi mu się zimno! Czas działać, czas zmian! Nie stania!
Warknął, chociaż to co wydał z siebie brzmiało prędzej jak pierdnięcie, w końcu ruszył w stronę głosu. Przecież mógł mu zaufać, przecież on chciał mu pomóc, a złota postać w oddali...? To przecież przed nią uciekał! Na prawdę? Nie był pewny, ale pewność to stan tak samo absurdalny co ta sytuacja. Smok ruszył w stronę mostu, który nagle zaczął zamieniać się w wodospad? Czy on musiał teraz iść po moście, który bił wodą w jego pysk? Absurtdalne i być może tego nie było jak nazwać płynięciem, jednak złapał się tej... nitki skóry i po niej jak po sznurku chciał brnąc w górę wodospadu plam, w stronę jedynego głosu, który wydawał się być czymś nieco bardziej stałym od samego gruntu....

Oblubieniec Ładu - 2020-07-19, 22:56

     Ale nieznana strona, ukazana Caladowi, wiła się przed nim i leniwie łączyła z tym, co znane - czyste, białe chmury tańczyły w parach po niebie, gdy jego łapa zatopiła się w mięsie elfa. Ten zaląkł okropnie, ścisnął palce w czerwone pięści, a półgębkiem pośpieszył smoka, samemu spoglądając w bok. Złota, gargantuiczna postać stała tuż za Apogeum.
     Nie było sensu się odwracać ani patrzeć w dół. Bezkresne światło od chorobliwie charczącego stwora biło po łebkach, nie pozwalając się na niczym skupić. Ciepło próbowało okiełznać kark uzdrowiciela Plagi.
     — Co zrobiłeś? — dzwony zadrżały. Złota postać przemówiła, a tęcza zadrżała nad głową Calada, spowijając nieboskłon. — Nie oszukasz mnie. Jesteś sam, jak szpon. Odwróć się i zmierz się z tym, co było ci przeznaczone.
     Purpurowe oczy elfa błysnęły kilka razy, a zgrzytliwy krzyk uciekł z jego ust. Pociągnął ramiona do siebie i most zaczął leniwie się walić, strugami spływając w nicość kanionu.
     — Śpiesz się do licha — rzucił ćpun. Zakołysał się na brzegu i kaskada dredów spłynęła po nim, tworząc bajeczną, niską suknię w kolorze dorodnych kłosów. A jego twarz była niczym innym, a przerażeniem: — Zaraz się zrzygam, mam dość patrzenia na to truchło! Płyń!
     Buchnęło za plecami.
     Stwór płynął. I przepłynął Calada, przeszywając go gorącem od środka, i wieczne światło objęło go, równie prędko znikając z jego objęć. Złoty humanoid spadł w kanion, płynąc po ramieniu, a elf wzdrygnął się, odchylając w panice głowę. Niezrozumiana istota, ot, zawisła, brzmiąc jak cymbał miedziany.
     Ramiona zakolebały się boleśnie.
     — Zawsze tu byłem, Hojny — zadrżał, spoglądając na łapy smoka. Wisiał, niczym powieszony na linie, a nagle zgrzytnęło. Jego niezarysowana, pusta twarz przełamała się wpół. — Miałeś wszystko, co mogłeś mieć. To wszystko przez nią, racja? To przez nią teraz się... topisz.
     Ogromne, żółte ślepia zawirowały w wodzie z elfa. A elf piszczał boleśnie gdy ryby kłapnęły szczękami, okrążając nieśpiesznie uda uzdrowiciela... a może łowcy? Bo te oczy należały do żadnej innej istoty, a barakud, chórkiem wtórujących słowa Złotego.
     — Topisz się, topisz się, topisz! — Śmiały się wrednie w krzykach. — Twój ojciec lepiej pływa od ciebie! Twój ojciec robi wszystko lepiej od ciebie!
     — Płyń! — Krzyknął raz jeszcze. — Błagam, płyń! Musimy uciekać!
     — Nie słuchaj go — bąknął Złoty stwór, a jego głos trąbę przypominał. Zawirował w plamistym oceanie, a wyrwa w twarzy rozwierała się z dźwiękami stalowego trójkąta. Lekkie dźwięki, jakoby rosa poranna: — nie musisz nic. Wiesz o tym. Dlatego nie ma ciebie z ojcem.
     — NieeeEE — zawyły barakudy. — Nie ma go, bo nie potrafi niczego uszanować! Zabija, bo nie zna wartości życia! Żyje, bo nie potrafi umrzeć! Niedaleko pada jabłko od jabłoni!

Apogeum Konfliktu - 2020-07-20, 21:37

A niech sobie tam stoi ten wytwór jego karykaturalnych lęków! Chciał obrócić się i zwymiotować lawą na tą istotę. Mógł w jedną chwilę stać się wielkim i silnym Viliarem, który pierdnie żywym ogniem i spali, ale finalnie czuł się jak to Hojne pisklę z groty Daru, które kiedyś próbowało wspiąć się na śliski kamień i to robił bo był odważny, silny! A jak zwykle miał za sobą coś żółtego HIACYNT jaką cholerą teraz był za nim i tonął, a on znów miał go wciągać? NIE! Czas wreszczie samemu się ratować. Czas zacisnąć swój tyłek, nie pierdzieć, nie zwymiotować tylko UCIEKAĆ.
Pozostawił faktycznie się nie obracać, ale jednak faktycznie czuł się jakby miał za sobą tego pisklaka, adepta... a potem dużego czarodzieja, który wyznaje mu miłość. Ciepło? Oczywiście, że było mu gorąco, gdyż jak obrzydliwe to było, aby w ogóle myśleć o zbliżeniu się do samca, kiedy się jest samcem...
I nagle wyobraził sobie Burdiga, widział go pod sobą, znaczy... dużo pod sobą, wraz z Hiacyntem z ziemi i Szydercą?!
Zapominał, że ona go nienawidzi, pomimo że tak bardzo był w niej zakochany.
Bo był.
Tak bardzo.
Bezgranicznie. Bez pamięci. Nigdy dotąd nie zaznał takiego uczucia. Nigdy. Wiedział, co to wstyd, tchórzostwo, słabość i siła. Nieobce są mu przerażenie i obojętność, nienawiść do samego siebie i obrzydzenie. Widział rzeczy, których nie da się zapomnieć.
A jednak nigdy nie zaznał równie potężnego, przerażającego, paraliżującego uczucia. Czuł się tak, jakby był kaleką. Zrozpaczonym i bezradnym. W dodatku jest coraz gorzej. Codziennie czuł się bardziej chory. Pusty i obolały.
Miłość to niegodziwiec bez serca.
Doprowadzała go do szaleństwa. Gdyby tylko wiedział co jeszcze było mu pisane?
- Wleczony przez wiatr
Porwany przez gwiazdy
Niesiony szaleństwem i bliznami!

Zaczął pić własne słowa i coraz bardziej się z nich śmiać. Słyszał swój śmiech, powagę i zarazem... no własnie co ? Nasrastała determinacja podróży do przodu. Nie oglądania się za siebie.
- Nie zatrzymuje się, nie myślę, podnoszę się, teraz patrz uważnie!
Na brzuchu módl się o deszcz!
Wstrzymam oddech kiedy składam się do ataku!

Czym do cholery był ten elf?! To przecież on tu go wciągnął, a finalnie wyszło na to, że teraz to on miał być dla niego zabawieniem?
Więc wspinał się na szczyt i nie przestawał biec w górę.
Zdmuchnął tę zasłonę z gorącego dymu zza ogona i patrzył biegnąc dalej co siedziało.
Wszystko było tutaj, to jego zasługa.
Tylko jak uporać się z mroczniejszą wizją?
Nikt mu nie będzie mówił co ma robić, ale będzie postępował jak zechce!
- Jestem ciemną materią!
Waszą drogą do zagłady!
Jestem waszą ciemną materią...
Jestem waszą zgubą!

Uciekał przed tym co miał za sobą, ale to co miał z przodu... Dmuchnął w to pod sobą sprowokował wodospad, aby ten upadł z pionu na poziom i się zamroził, aby ułatwił... już nie wspinaczkę, a bieg. Bieg w wodzie był ciężki, bieg po lodzie głupi, ale możliwy.
Dlatego zamroził to i biegł. Mróz dookoła mu pomoże.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group