To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
~ Smoki Wolnych Stad
Rozwiń skrzydła i leć z nami!

Zimne Jezioro - Niewielkie zlodowacenie

Pasja Uczuć - 2020-11-26, 17:52

- Paqu baldzo miło poznać, Kijku... Kia... Kijanulis! - przywitała się radośnie. Już po tej próbie wypowiedzenia jego imienia wiedziała, że woli jednak adepckie. Czemu tak wiele smoków miało tak trudne imiona?
- Jak wolisz, możesz też mówić "Pasja Uczuć", to tak też jej mówią. W końcu sama się tak nazwała. - dodała, uśmiechając się miło i stawiając uszka na baczność. Przygotowanie posiłku zajęło dłuższą chwilę, przy czym nie mogła nie zauważyć, że i żółty samiec zainteresował się przyniesionym przez nią, bliźniaczym owocem. Pasja nie była pewna, czy to jest możliwe, ale... może jeden z jego rodziców był bananem? To nie miało by żadnego sensu, ale... przecież magia i tajemnicze duszki potrafią zrobić wiele i dla jednego z nich taki smoczek byłby świetnym żartem?
Pasja, przysiadając sobie wygodniej na lodowatej pokrywie, przyglądała się temu, jak samiec je, gdy już podała mu posiłek. Chciała wiedzieć, czy odpowiadała mu taka potrawa i... chyba nie było najgorzej? Wedle Paqui wyglądał na w miarę zadowolonego, choć nadal interesował się bardzo bananem.
- Nie ma za co. Paqu przeprasza, że tak późno, ale jest ostatnio tlochę zmęczona. - przyznała się, opuszczając karnie uszka, kładąc je po sobie. - Nie trzeba oddawać. Póki tylko Paqu ma mięsko, to chętnie się podzieli z tymi, którzy nie mają. - zapewniła go, już z o wiele bardziej pogodnym wyrazem pyska.
- A to... to jest banan. Paqu wyblała go dla siebie, jak smoki przyniosły lóżne rzeczy z dziwnej, dlewnianej gloty. Czy ty też, jak się wyklułeś, nie miałeś tych blązowych klopek? Paqu jest pewna, że nie było ich na nim aż tyle. I też się zastanawia, czemu jest tak podobny. - odparła pewnie i zadała mu pytanie. Wręcz wzięła owoc do łapy, chcąc przysunąć go bliżej nowo poznanego smoka. Podobieństwo było uderzające.
- Jeśli chcesz... możesz go wziąć. - zaproponowała mu miło.

Zagajnik Cudów - 2020-12-08, 18:32

  Oh. No tak, przez jej wadę trudno samicy wymówić jego imię - sama jednak wolała wymówić akurat je, niż jego adepckie. Wiedziała więc na co się pisze. Zresztą, może skracać do Kijanu, Kijanki, Kija w ostateczności... No, tak go nikt jeszcze nie nazwał, ale zawsze to jakiś wariant imienia, racja?
  Hm. Podała dorosłe tak późno? O czym to może świadczyć? Braku jej przywiązania do tego imienia? A może właśnie o większym do pierwszego? Kijanu, mimo że w teorii sam opracował swój system przedstawiania się, dalej był ciekaw podobnych opinii u innych.
   –
Mimo trudności przy wymowie, wolałaś wymówić moje pisklęce imię. I późno przedstawiłaś się dorosłym. Mogę wiedzieć z czego to wynika? – spytał się dosyć spokojnie, z niewyraźną nutą ciekawości - zdecydowanie dominował raczej spokój. – Zauważyłem, że smoki przedstawiają się rozmaicie, czasami korzystając ze wszystkich imion, a czasami z jednego. Chciałbym się dowiedzieć, czemu tak się dzieje, od czego zależy trzymanie się tej tradycji i jej siła u innych – wyjaśnił jedno ze źródeł swojego pytania. Ono na pewno wystarczy.
  Wodna zapunktowała u samca swoim oddaniem. Mimo zmęczenia i tak przybyła, a do tego wychodzi na to, że była Łowcą z powołania, z jakąś misją. Mimo to i tak odda, jak zdobędzie minimum zapasów na karmienie innych.
  "Banan". Ciekawe w brzmieniu słowo, dosyć proste, oddające na swój sposób aparycję owocu. Żałował jedynie, że jakoś nie pasuje mu do niego samego. A narrator natomiast był rozczarowany tym, że samica jednie pomyślała o powiązaniu z bananem. Gdyby tylko wiedziała jakiej płci są jego biologiczni rodzice, na pewno by się o to spytała. Zasugerowała jakoś na koniec jednego z dialogów, ale jest to zbyt wielowymiarowe stwierdzenie.
  Szkoda również, że nie spytała się o jedzenie (Paqu pomijała dość wiele istotnych kwestii), bo fakt, był zaabsorbowany bananem, ale zapytany by odpowiedział. Chociaż, kto wie? Może za pośrednictwem jakiegoś głosu coś go tknie, podpowie mu pochwalenie kuchni smoczycy? Jeszcze się okaże.
  Na wspomnienie o kropkach, odruchowo popatrzył się po sobie. Jakieś od początku były (niewiele), ale zaczęło mu ich intensywniej przybywać wraz z wiekiem - jak jak bananowi zresztą.
   –
Nie jestem już pewien, ale chyba jakieś były – odparł - a jakże - niepewnie, trochę zirytowany zapomnieniem takiego szczegółu. Z drugiej strony był wtedy jedynie świeżo wyklutym pisklęciem - za wiele to on nie wiedział. – Chętnie zatrzymam tego... banana. Dziękuję za niego, jak i posiłek. Jeśli do następnego głodu nic nie znajdę, chętnie znowu Cię wezwę – odparł, chwaląc jednocześnie sam z siebie posiłek, nie pytany, bez żadnych sugestii. Jaki wychowany!

Pasja Uczuć - 2020-12-11, 15:38

- Paqu lubi wyzwania. Nawet kiedy wie, że pewnie się nie uda. - przyznała, bez najmniejszego sygnału smutku czy zawodu własną niedoskonałością. Mimo świadomości odniesionej porażki uśmiechała się szczerze, jakby to nie było nic takiego.
- Pewnie zauważyłeś, że Paqu mówi inaczej. Baldzo lubi swoje pisklęce imię i często go używa! Dużo częściej, niż Pasji. I zaczyna od niego już z przyzwyczajenia. - wyjaśniła miło. Uznała, że było to odpowiedzią na przynajmniej kilka jego pytań.

- Czy twoje mamy też są owocami? - spytała, gdy oświadczył, że miał już jakieś kropki. Szkoda, że i on nie mówił jej wszystkiego, jak choćby tego, że kropek mu przybyło. Wtedy Pasja nie pytałaby, a stwierdziła fakt jego owocowego rodowodu.
- Gdybyś kiedyś znalazł coś, co wygląda jak Paqu, to i ona chętnie by to przygalnęła. - uznała z uśmiechem. Pasja odpłynęła gdzieś daleko w swoich wyobrażeniach, wyobrażając sobie różne, brązowo-zielone kształty. Ciekawe, czy któryś z nich istniał na prawdę...

Zagajnik Cudów - 2020-12-16, 15:09

  Hm. Bardzo ciekawe podejście. Takie prawdziwe, ale i nietypowe, zwłaszcza z tym brakiem niechęci w głosie i aparycji. Kijanu miał co prawda zgoła inne zdanie - nie warto podejmować się wyzwania, kiedy się wie o jego niepowodzeniu - ale zachowa je dla siebie, bo jednak tematem rozmowy nie jest ta właśnie kwestia (pomijając to, że wtedy się wytworzy za wiele tematów naraz, co potrafi wyglądać... przynajmniej nietypowo).
  Tak, zauważył jej osobliwy sposób wypowiedzi, zwłaszcza to "ona" na początku. Do tego, dobrze pokrywa się to z sympatią do pierwszego imienia. Poza tym, raczej dziwniej by się czuło przestawiając się z "Kijanuliws to" na "Upojny to", niż z samym faktem jedynie zmiany przedstawiania się (i narracji).
  Aj, no tak, zapomniał o tym wspomnieć na głos - punkt dla Ciebie. I ona sama również pochodziła od dwóch matek? Więc faktycznie można mieć albo dwóch ojców, albo dwie matki? (tu narrator żałował, że nie może mu powiedzieć prawdy, tylko musiał w pełni spisywać jego myśli) Chociaż, czy były przynajmniej z wyglądu owocami...? Nie, raczej nie. Honi to smok jakich wielu (chociaż wygląda dosyć mizernie, nieco się tym martwił), a druga matka wyglądała jak ryba, z najwyżej żółtymi elementami.
   –
Nie, nie są owocami. Ani dosłownie, ani z wyglądu. Jedna to smoczyca o jasnych łuskach, a druga przypominała rybę i miała co najwyżej żółte elementy, ale tej nigdy nie widziałem osobiście. Jeden z braci ma wzory po niej. Ale mogę się podpytać, może czegoś nie wiem – odpowiedział, po chwili zastanowienia. Na prośbę skinął łbem. – Poinformuję Cię i przekażę, kiedy znajdę coś takiego. – powiedział

Pasja Uczuć - 2020-12-25, 19:33

Paqui wysłuchała uważnie rozmówcy.
- To tlochę dziwne. Ale w sumie Paqu też nie wygląda jak jej mamy. Jedna jest puchata, beżowa w ciemne wzolki i ma zielone skrzydełka. Dluga jest baldzo dużą wywelną, jasnofioletową. - podsumowała po chwili zastanowienia.
- Więc nawet, jak twoi lodzice nie byli owocowi, to ty możesz. - dodała, po czym... wpadła na mały pomysł. Pochyliła szyję do przodu i wyciągnęła łeb w stronę adepta, chcąc... powąchać go. Pamiętała nadal, jak pachnie banan i chciała sprawdzić, czy on może nie ma podobnego zapachu. Powietrze wciągała przez nozdrza, a wypuszczała lekko otwartym pyskiem.

Niesforny Kolec - 2021-03-13, 01:18

Szeroki uśmiech.
Towarzyszył mu niemal całą drogę, zupełnie tak samo, jak lisia kompanka ojca, Niviska. Spoglądał na jej eskortę z dzikim błyskiem w oku. Był moment, na zupełnie samym początku po przekroczeniu granicy, kiedy miał ochotę porwać się wolności. Ruszyć w tany z wichrem. Gnać przed siebie do utraty tchu, gdzie kolorowy niesie wiatr, gdzie nie znajdzie go nikt, już nigdy, przenigdy. Pozostawała jednak druga strona medalu - miał tu wszystko. Każdego. Całą potrzebną rodzinę, miejsce do życia, spadek. Na pozór wszystko, czego potrzeba. Ciągnęło go jednak niepokornie do jakiejś takiej absolutnej, nieposkromionej niezależności. Nawet żywiołak trzymał się bliżej cienia. Wynurzały się z niego jedynie samicze gały non stop śledzące każdy jego krok. Samemu Błazenkowi nie było łatwo iść. Ojciec czasem tworzył przeróżne wytwory, a młody żak pochłaniał płynne ruchy łap stanowiące swoistą muzykę. Gdzie stuki drewna spotykają puki gliny, a szelest tworzywa łączy się w eufonii wraz z szuraniem nici o futro. Łapy Despotycznego Ferworu śpiewały własną pieść. Hymn rzemieślniczego rodu, którego Rybka okazać się miał spadkobiercą. Wiedział o swojej uczniowskiej powinności jednak aż za dobrze. Dlatego też pod pachą wylądował podkradziony rodzicielowi grawerowany nożyk opakowany niechlujnie w płat skóry, a na głowie z kolei piracki kapelusz z finezyjnie podkręconym smolistym piórkiem.
Usiadł z dala od całego świata. W miejscu, w którym miał nie zostać odnaleziony nigdy, przenigdy. Zdecydował się przysiąść trochę z dala od brzegu. Ot, zwyczajowa ostrożność. Rozłożył skórę, która to służyła mu za poduszkę pod piach. Odgarnął włosy z pyska, krążąc czujnie wzrokiem po brzegu. Nivis przysiadła nieopodal, skryta w półcieniach. Nie oglądał się nawet na nią, poważniejąc. Musiał pokazać swój własny kunszt. Udowodnić wyższość ponad innych, a potem, kto wie. Może da radę rozprzestrzenić swoje hobby także i na inne smoki? "Nawet oni zasługują na odrobinę komfortu, prawda?", nie kończył zapewniać siebie w głowie. Nie było co robić z fachu nie wiadomo jakiego sekretu. Nikt w końcu nie będzie kazał nikomu przyjmować prometejskiego płomienia w swoje progi.
Silnie pochwycił jeden z wiecznie zwijających się brązowych pukli. Zezując, uniósł drżące palce z trzymanym w garści ostrym nożykiem. Naciągnął niczym strunę, a własny oddech głośno obijał się o jego uszy. Przeszkadza. Musi ściąć. Mama nie zauważy. Nikt nie zauważy. Ma prawo. I zrobi to. Bo może. Zamknąwszy powieki, ciął. Gwałtowny ruch poczuł na własnej łusce, w podmuchu i świście. Napięcie zelżało. Długi kędzior wylądował grzecznie w łapie, porywany przez wiatr. Ścisnął go mocno, a złoto w oczach pojawiło się na nowo. Jakby odmienione. Obrócił się wtem, piąstkę opierając o podłoże. Przytrzymywał, uklęknąwszy. Odkrył część materiału, przyglądając mu się. Kiwnął głową do samego siebie, przytrzymując nóż w drugiej łapie, mniej sprawnej. Naostrzony kraniec broni zanurzył się w skórze, odcinając upragniony fragment. Wtem - nóż wylądował w śniegu obok. Pisklęca główka opadła. "Dlaczego wyszło tak krzywo?". Po dłuższej chwili milczenia nareszcie odzyskał dostateczny spokój duszy. Pojawił się jednak nowy problem, a mianowicie: jak odzyskać nóż z powrotem, nie ryzykując przy tym porwaniem któregokolwiek fragmentu jego dotychczasowej pracy przez dmuchający wicher? Co rusz przekładał rzeczy, układał inaczej, zawijał i zwijał...
A grzywa nie przestawała przysłaniać mu widoku.

Dorodny Odyniec - 2021-03-13, 01:34

Tak się akurat złożyło, że również i Pyzik tędy przechodził, o! Może i miejsce było bardziej, jakby tu rzec, opuszczone, w przeciwieństwie do reszty wspólnych terenów, ale jakoś tak odczuwał ostatnio potrzebę na dłuższe spacery. Nie pierwszy, nie ostatni raz. Poprzednio spotkała go dosyć specyficzna rozmowa. Może i tym razem natrafi na jakiegoś swojego, cóż, potomka?
W trakcie swawolnych spacerów rzuciła mu się w oczy, zapewne w innych sytuacjach maskująca się doskonale, ale tym razem odróżniająca zielonkawa sylwetka. Mrużył oczka w zastanowieniu, podchodząc bliżej. Wydawał się taki maciupki z daleka! A może to wina tych starczych, poturbowanych oczu, jejku. Niemniej zbliżył się powolnym krokiem, kompletnie nie dostrzegając jakichkolwiek kompanów. Przez chwilę miał nawet jakiś przebłysk, że może to ten... jak mu było... Despot? Tak, chyba tak. Ale jednak się różnił. Miał jakieś nakrycie głowy, zdaje się. Ho ho. To z pewnością miało być ciekawe spotkanie, uznał z miejsca.
~ Co robisz, młody! ~ zagaił milutko maddarowym przekazem, stając na palcach i opadając z powrotem na piach, kiedy jego zdeformowany pysk wykrzywiał się w specyficznym uśmiechu. Na piastuńskim pyszczku zagościł pogodny, ciepły wręcz uśmieszek. Zupełnie niepozorny. Dziwnym było widzieć jego próby zebrania wszystkich tych śmieci, które ze sobą miał. Dopiero po chwili samiec spostrzegł, że tamten, nim go zagadał, najwyraźniej próbował dostać się do tego maleńkiego badziewia wbitego w ziemię.
~ Mogę...? ~ zapytał uprzejmie, wskazując jak gdyby nigdy nic na nożyk. Prawdę rzekłszy, nie bał się malca. Nawet pomimo zaskoczenia, jakim obdarzył go chociażby Skarabeusz swoimi umiejętnościami, to czuł się na tyle niezagrożony, aby pochylić się i unieść zgubę.
~ Czekaj ~ zaczął wtem, próbując ukryć rozbawienie ~ Używałeś tego do cięcia czegoś? ~

Niesforny Kolec - 2021-03-14, 14:56

Zwężone źrenice.
Na skraju wzroku poczęła wynurzać się sylwetka. Niezmiernie potężna, że tak pozwolił sobie opisać. "Co ten tłuścioch tu robi, czemu mi przeszkadza" myślał jednak gorączkowo, przekładając nierównomiernie przycięty fragment materiału do pyska. Wbiwszy zęby w skórę, poczuwszy nieprzyjemny smak wypełniający cały pysk, milczał. Oczy rozwarły się szerzej. Uszy stanęły dęba. Włosy opadły cieniem na młodzieńcze oblicze.
Dolna szczęka poddała się drżeniu, delikatnym, niewidocznym. Nivis najpewniej już czyhała na swoją ofiarę, gotowa na atak w razie jakiegokolwiek nieodpowiedniego zachowania.
Smocza podobizna była o tyle nieprzypominająca tego, co znał, że zaczynał zastanawiać się, czy to zwyczajny kuternoga-bajarz krążący po wielkim świecie, czy może raczej ktoś niebezpieczny, jeden ze stworów, dzikich i krwiożerczych, gotów lada moment zrzucić doskonale utkane przebranie. Byłby zupełnie bezbronny w takim przypadku. Musiałby polegać wyłącznie na sprycie kompanki ojca.
Żywy? Nieumarły? Rozpływająca się czacha, powyginana, usztywniona łapa... a i skrzydeł temu brak. Śledził ruchy w szczerej niechęci, wypływającej łzami z pobłyskujących tęczówek. Organizm reagował za niego - strachem i terrorem. Sam Rybka zdawał się odcinać całkowicie od wszystkiego poza najprostszą ostrożnością. Znał bowiem smoki zmutowane, ale takiej abominacji nigdy w życiu jeszcze nie ujrzał.
Aż do teraz.
- Oddawaj - wycharkał. Syk stłumiony skórą mógł do dziwactwa nie dotrzeć. Tak po dłuższym przemyśleniu... tłusty podbródek zwisał mu zupełnie jak smoczycy z ceremonii. A nawet i dwóm. Ostra leśna woń dotarła do Błazenka po dłuższej chwili, niepotrafiąca być dłużej tłumiona. Charknął znów, cofając się o krok.
- I wyłaź z mojej głowy.

Dorodny Odyniec - 2021-03-14, 15:32

Pyzik nie potrafił nie wydać z siebie szczerego westchnięcia. Ach, ta dzisiejsza młodzież! Ciągle jakaś taka nieufna. Nie potrafił się jednak pozbyć wrażenia, że gdzieś już tego smoka widział. Albo jakąś jego kopię, podobiznę. Nie zastanawiał się nad tym długo jednakowoż, spychając myśli na dalszy plan. Teraz musiał... cóż, zrobić coś z jego płaczem, jak się po chwili zorientował.
~ Ojejku, nie, czekaj, ja nie chc~ odciął nagle dopływ maddary, odetchnąwszy głęboko. Potarł oczy, zbierając myśli. ~ Słuchaj, jestem piastunem. Nie krzywdzę piskląt, wiesz? A inaczej nie mogę mówić. Spójrz jeno, nie mam przecież języka ~ dodał spokojniej już, rozwierając pysk i ukazując oderwany jęzor, a spomiędzy ząbków wylał się strumyczek gęstej śliny. Szybko jednak zamknął z powrotem, cofając pysk i zdając sobie sprawę, że... to chyba mogło pisklaka przestraszyć jeszcze bardziej, o Immanorze.
~ Już oddaję, spokojnie, ale posłuchaj mnie, dobrze? ~ kontynuował. Podchodził do niego powoli, nie przekraczając jednak strefy osobistej. Zbliżył się z uniesionymi do szyi łapami, kucnął, odłożył nożyk. Spojrzał prosto w ślepia młódka, uśmiechając się znowu. Klapnął z plaskiem na przeciwko w śniegu, przed skórami które to tak kurczowo trzymał. ~ Nikt ci nie powiedział o maddarze? Bo wiesz, są na ścinanie rzeczy łatwiejsze sposoby... ~ I wraz z tymi nieco zaskoczonymi słowami przymknął oczy. Po chwili wyobraził sobie cieniutkie, cieńsze od szpona ostrze pobłyskujące w świetle promieni słonecznych. Tytanowe, zdaje się, bardzo wytrzymałe. Spodziewał się, że mały Wodnik nie wejdzie mu w paradę i nie da się pociachać, lecz nawet jeśli, to cóż, gotów był swój twór od razu rozwiać. Ostatnie, czego chciał, to jeszcze go skrzywdzić! Po tym, wzdłuż skrawka jego skóry, pojawiło się właśnie to ostrze, napędzane źródłem smoka. Odciął długi pasek, niemalże prosty. Pstryknął, a przedmiot rozwiał się w pobłyskujący kolorowy pyłek.
~ Nazywam się Lot Rusałki i mogę cię nauczyć ułatwiać sobie życie, jeśli tylko tego chcesz ~ mrugnął do niego i wysunął zachęcająco łapę przed siebie, oczekując na reakcję.

Niesforny Kolec - 2021-03-14, 16:13

Niespokojny oddech.
Mięśnie drżały mimowolnie. Słuchał, choć wcale tego nie chciał. Wytrząsał nachalne myśli z wnętrza głowy. One jednak pozostawały, namnażane nieprzerwanie przez obcą istotę. "Nie dostaniesz dostępu do żadnych moich wspomnień" powtarzał nieprzerwanie, ostro. Bojowo. Był gotów zrobić wszystko, byle pozbyć się tego niby-smoka.
Ścisnęło go w trzewiach. Mocno. Przygarbiony pisklęcy kręgosłup próbował wydostać się ze swojej klatki. W gardzieli poczuł piekącą lawę. Zupełnie tak, jakby cały ocean jednocześnie postanowił wydostać się raz a porządnie ze swojego reliktowego dna. Rozpaczliwie przełknął ślinę, zażegnawszy zalaniu własnych łap i wykradzionych dóbr. Najwyraźniej groteskowy aspekt tego idiotycznego spektaklu dopiero się zaczynał.
Przejechał ozorem wzdłuż zestawu rosnących mleczaków. Swój język nadal posiadał. Pocieszające.
- Piastuni uczą pisklęta. Nie mogą wyglądać tak - wyrzęził z widocznym trudem powstrzymując organizm przed ponownym całkowitym wywróceniem bebechów na wierzch. Po ostatniej walce nadal walczył dzielnie o każdy spazmatyczny oddech. Wspomnienie ostatniego pisklęcego spotkania uderzyło w Błazenka z impetem.
- Nie widziałem cię z innymi piastunami - dodał czujnie. Nie rozpoznał wielokolorowych łaciatych barw pośród balu kolorów oraz kształtów, jakich go wtedy uraczono. Nie dostrzegł żądnego Lotu, kiedy wyruszali. Podejrzana bestia. Błazenek jednak nie tracił werwy ani na moment. "Nie dam karmić się moim strachem", kontynuował w myślach. Wyzywające spojrzenie. Tym zaatakował.
Paskudne ostrze. Znikąd. Cokolwiek ta imitacja prawdziwego gada chciała osiągnąć, nie zamierzał dać się nabrać na żadną z jego sztuczek. Irytacja jednak okazała się przez poziome machnięcia strzałki ogona. Śmiał tknąć nieswoje skóry. Powinien srogo zapłacić za okazane bezprawie.
Sama idea 'łatwego' życia zdawała się nierealna. Lecz młody rzemieślnik nie przestawał być dzieckiem. Zaledwie pisklęciem, które łatwo wpada w sidła ciekawości. Przycupnął. Całkowicie zignorował chłód od spodu.
- Pokaż co masz.

Dorodny Odyniec - 2021-03-14, 16:56

Młody zachowywał się co najmniej dziwnie, w jego mniemaniu. Jakiś taki trochę mniej przytomny, jakby... och, ojej. Chyba rzeczywiście za bardzo mu naopowiadał o swoich kalectwach. Ale nic się nie stało, więc mógł udawać, że tej rozmowy sprzed chwili nie było, prawda?...
~ Jak widać ~ zaczął, machnąwszy wymownie łapą, wskazując na siebie ~ mogą! ~ odparł mentalnie, kłaniając się nisko, do stópek. Nadal towarzyszył mu uspokajający uśmiech. Naprawdę nie chciał wywierać aż tak negatywnych emocji na, bądź co bądź, filarze społeczeństwa przyszłych stad! A którego, to już mógł się jedynie domyślać. Poniuchał w powietrzu. Hm, z Ziemi na pewno nie był, ale to nic nie zmieniało, prawda? Pisklak to pisklak!
~ Chyba nie rozumiem? ~ odrzekł uprzejmie, unosząc łuk brwiowy w szczerym zapytaniu. Pardon? Nawet jeśli chodziło o Spotkanie Młodych, to przecież tam był! Spóźniony, bo spóźniony, ale jednak! Najwyraźniej musiał go rozminąć. Ach, właśnie! Może to tam spotkał grzywiastego samczyka? Niby tak, lecz coś jeszcze nie dawało mu spokoju. Niemniej, kiedy usłyszał twierdzącą odpowiedź, zaśmiał się cicho, poszerzając swój jakże urodziwy uśmiech.
~ Maddara. Czymże jest maddara, zapytasz? Otóż ~ rozpoczął z chrząknięciem, opierając łapę na piersi. Najwyraźniej szykował się dłuższy monolog. ~ posiada ją każdy z nas. I ty, i ja, i twoi rodzice, a nawet twój przywódca! Krąży wokół nas, czy to kiedy latamy, ziejemy, a nawet oddychamy. Kochana Naranlea uczyniła nam doprawdy boską przysługę, tak łaskawie nas obdarzając swoim darem! Niemniej, magiczne stworzenia, jak żywiołaki czy cienie, i inteligentne istoty również ją wykorzystują. Nie będę się w to zagłębiać. Sam je poznasz podczas samotnych wędrówek po terenach, hmm... ~ przerwał, przypomniawszy sobie jakieś przyjemne wspomnienie, nim kontynuował ~ Ale gdzie maddary nie ma? Przecież musi być wszędzie, prawda? Ale, ale, otóż nie! W ziółku, którym leczy cię uzdrowiciel, wcale go nie ma. Ani w tym drzewie. Ani krzewie. W zwierzynie także. My jednak jej używamy, tak? Więc musi się skądś brać. I wiesz co? Każdy ma swoje źródło. Musisz tylko trochę poszukać, zgłębić się, wyciszyć i poczuć, jak pracuje caaały twój organizm. Może zajmie to ot, uderzenie serca. Może będziemy tu siedzieć do wieczora, a nadal będziesz mieć problem, nie wiemy. Liczę jednak na to, że dasz radę. Zrób to teraz, dobrze? Bez tego nie będziemy mogli przejść dalej. Wyrusz w podróż wgłąb siebie. Odnajdź źródło. I, jak tylko ci się uda poskromić tę wewnętrzną siłę, skup się na niej. Na grubości, szerokości, wysokości, może materiale, fakturze, innych zmysłach, przebłyskach... wiesz. Im bardziej dopracowany twór, tym lepszy i dokładniejszy. A potem sięgasz do źródła i wykorzystujesz swoją moc, aby przelać to wszystko w rzeczywistość! ~ rozbrzmiało gromko w umyśle młodszego, a piastun wyglądał na wyraźnie podekscytowanego. Jak zawsze, kiedy przychodziło co do czego, a on wykorzystywał magię. Tak dawno nie dawała mu popalić. Może dzisiaj znów poczuje pradawne skutki swoich zbyt skomplikowanych czarów? Aż rozbłysła mu ostrzegawcza lampka w głowie.
~ A, i właśnie. Nie zapominaj, że pojemność źródła jest ograniczona. Można zemdleć od przedawkowania. Zacznijmy od małych kroczków, żebyś mógł łatwo zregenerować braki. Chciałbym, żebyś stworzył jakikolwiek kamień, tuż przede mną. Nie bój się. nic nie zrobię. I przytrzymam ci to... wszystko, tak ~ zakończył, usadawiając się wygodniej. Piastun znów wyciągnął dłoń. Tym razem jednak po to, aby zająć się wszystkimi tymi przedmiotami.

Niesforny Kolec - 2021-03-15, 12:47

Drżące serce.
Uspokajanie oddechu nie pomagało. Nadal pulsujący mięsień tłukł się boleśnie o żebra. Niekiedy wędrował pod samo gardło. Opadał, odpoczywał. I znowu. Stuk, puk. Zapętlony rozkaz gorączki myśli. Nie potrafił nawet spróbować odzyskać stabilności. Nie tu, nie przy nim. Milczał długo. Usilnie powtarzał sobie, że nic mu się nie stanie, dopóki nie zacznie czepiać się za bardzo. Niezbyt był pewien, czego dokładnie się dowie od smokopodobnego mentora. Czy to w ogóle użyteczna umiejętność? Patrząc po tym, jak się potem rozgadał czuć było pasję. To wychwalanie bogów. Niedorzeczna głupota. Musiał naprostować jego fanatycznie sakralny pogląd.
- Naranlea nic nikomu nie dała. Smoki od zawsze miały magię. Nie mogło jej nie być, skoro potrzebują jej do oddychania, jak sam powiedziałeś - rzekł. Głos Błazenka nie musiał być głośny; nigdy taki nie był. Nie bał się jednak tego, że usłyszy go jeden z czczonych bożków pośród smoków. Wręcz przeciwnie, niech wiedzą i przyjdą do niego osobiście. Chętnie się dowie więcej na temat oszukaństwa, jakie rozsiewali do umysłów, jak widać, również i starszych dziadków.
- Zwierzęta oddychają bez magii. Dlaczego my musimy z? - wpijał się w czuły punkt nieprzerwanie. Nie krył złośliwego uśmieszku. Rybka nie musiał bowiem niczego tłumaczyć. Był pisklęciem, które nic nie wiedziało. To do Lotu Rusałki należało wytłumaczenie sensu istnienia magii.
Przedmioty, trzymane teraz przez łapy do ziemi, ruszyły w tan. Podniósł je. Posłał nieufne spojrzenie obcemu. Agresywnie siadł na skórach, tylną łapą przytrzymując wyrywający się pukiel grzywy. Cenny, grawerowany nożyk, wbity przed nim w piach i śnieg odpuścił sobie. W każdej chwili mógł po niego sięgnąć. Miał bliżej. Źródło. Każda wartka rzeka, byle strumień musi mieć gdzieś swój początek. Maddara zatem również. Logiczne. Jego zadaniem było zatem odnaleźć swój kamień, z którego tryska życiodajna woda. Oczy pozostawał szeroko rozwarte. Mrugał niewiele, zaledwie przy mocniejszych podmuchach tak naprawdę. Smoki zamykające oczy nie robiły sensu. Skoro są bitewni czarodzieje, to muszą widzieć, co robią. Przyjmował to wyzwanie.
Naszło go na przemyślenia. Czym powinno być źródło? Miejsce, z którego pompuje się magię. Drugie serce. Musi gdzieś się tlić, skoro tak. Wyczuwalnie. Spojrzenie Błazenka wyraźnie się zamgliło. Po grzbiecie przeszedł dreszcz. Wnętrze tworzyło muzykę. Źródło... też musiało. Powinien usłyszeć, jeśli tylko dobrze się wsłucha. Tylko pozostaje zagłębić się mocniej. Skupił zmysły na sobie. Co usłyszał? Co ujrzał? Co poczuł?
Nie potrafił opisać. Nie było nic. Ciemność, pustka. Głucha cisza.
Tknęło go wrażenie, że wcale niczego nie odnalazł. Okłamywał siebie. To, co uważał, nie istniało. Musiał... musiał sprawdzić w praktyce. Inaczej nigdy się nie dowie, czy dotarł do kresu wewnętrznej podróży.
Miał się skupić na jakiejś sile, a czy rzeczywiście jakąkolwiek wykorzystywał? Mając w pamięci nicość, rozpoczął proces kreatywnego tworzenia. W swoistym kosmosie myśli zawisł kształt. Wpierw niewyraźny, niczym chaos, wypluwający z siebie nieskoordynowane dźwięki. Błazenek utkwił w chwilowym letargu. Obejrzał się na boki. Na Lot. Wyłącznie on słyszał basowy, podłużny odgłos napierającego, ciężkiego kamienia. Pierwszy atrybut przedmiotu: ciężki, bardzo ciężki. Szara, bazowa masa rozpoczęła powolne kształtowanie. Urosła do wielkości dwóch złączonych łap młodego twórcy. Kakofonia przeradzała się w coraz to przyjemniejsze, bardziej dopasowane odgłosy. Krańce zaostrzyły się, tworząc pojedyncze wyżłobienia. Pionowo skała pięła się ku górze, aż nie zaprzestała, łagodniejąc delikatnym spadem, a następnie gwałtownym urwiskiem ku dalszej, kanciastej formie rzeczy. Zmienił kolor. Teraz kamień był zielony, lecz na niektórych bokach ciemniał, jak gdyby reagując na światło. powygładzał gdzieniegdzie zbyt szpiczaste kąty. Swoista pieśń przekształciła się z ostrej na nieznacznie lżejszą. Cieplejszą. Kamienie nie pachną. Ten również nie pachniał. Nic więc to smoczych nozdrzy nie dotarło. Powszechna ciemność jednak nadal rozchodziła się, ukazując podświetlony twór. Wyróżniony, niczym na podeście. Widział go jednocześnie z boków, od dołu, z góry, nawet od środka. Środek... on był dziwny. Błazenek potrzebował chwili, aby zdać sobie sprawę z tego, czego mu zabrakło. Przezroczystość. To był klucz do dobrego kamienia szlachetnego. Uczynił go zatem lepiej odbijającym światło. Teraz mógł spoglądać przez jego zniekształcone lustro przynajmniej częściowo, dostrzegając nierówne zarysy, zamiast pojedynczego, jednolitego koloru. W palcach, zupełnie tak, jakby dotykał prawdziwego, odczuł gładkość materiału. Przeniósł ją ochoczo na zabarwione zielenią ścianki. Wytrzymały niczym prawdziwy kamień. Taki miał być. Jak prawdziwy.
Maddara okazała się tworzyć małe arcydzieło. Szlachetną nutę rozbrzmiewającą wyłącznie w niedźwiedzich uszkach. Przede wszystkim ją słyszał. Czuł, jak każdy szczegół dodaje własny instrument do niestrudzonej orkiestry. Był małym artystą. Nawet w środku.
Wyciągnął łapy, w rzeczywistości, przy piastunie, przed siebie. W umyśle chwycił kamień między delikatne, zgrabnie dłonie. "Pojaw się w moich łapach", rzekł rozkazująco. I tak się stało.

Dorodny Odyniec - 2021-03-15, 20:17

No jasne, że siedział jakoś podejrzanie cicho. Rio odetchnął głęboko, składając łapy w piramidkę. Sam nie wierzył, że właśnie dostał taką odpowiedź. Zerknął ukradkiem na jego perfidny uśmieszek. Naprawdę? To z tego powodu nagle ci się polepszyło, pisklaku? Chętnie by teraz poznał jego przemyślenia. I starł je na proch! Kto to widział takie rzeczy.
~ Słuchaj. Magia po prostu nam pomaga. Naprawdę myślisz, że twoje mikroskopijne skrzydełka były by w stanie unieść cię choćby o długość łuski nad ziemię bez pomocy maddary? Bo wiedz, że nie ~ kontynuował śmiertelnie poważnie, wpatrzony w rozmówcę ~ Kiedyś wcale nie musieliśmy wyglądać tak samo. Skąd taka pewność? Mogliśmy być takimi samymi, niemagicznymi stworzeniami, które zostały wybrane. A to, że to był DAR, to fakt, nie opinia, młody. Nie masz tu czego podważać. ~ Zmrużywszy ślepia, odchylił łeb, który nieświadomie przybliżył do pisklęcia. Odchrząknął, parokrotnie. Nie miał na ten temat nic więcej do dodania. Miał swoje zdanie, a jako że był starszy, to wcale nie zamierzał z niego rezygnować na rzecz jakichś takich bzdur.
Ohoho, a więc jesteśmy samodzielni. Uśmiechnął się delikatnie. Nie miał nic przeciwko. Skoro najwyraźniej młodszemu to nie przeszkadzało, to proszę bardzo. Odczekał więc spokojnie, trochę jednak jego postawą zaskoczony. W głębi duszy, nie otwarcie, rzecz jasna. Niemniej postanowił nie przerywać połączenia ze źródłem. W końcu na początku wspólna korelacja zdaje się tak bardzo niepewna.
Czy się stało, czy też nie, tak naprawdę malec mógł się dowiedzieć dopiero po chwili. Jak się okazało, kamień pojawił się, a i owszem, aczkolwiek...
~ Chyba nie określiłeś aż tak dokładnie gabarytów, hm? ~ zaśmiał się głucho, dostrzegając nieco przesadzoną wysokość tworu. A może zrobił tak specjalnie? Szczerze, wątpił. ~ Światło określone z góry? Nie wydaje się w pełni zgrywać z cieniami... ale to w porządku. Dopiero się uczysz ~ kontynuował, ważąc w dłoni kamień oraz unosząc go ku słońcu. Niby przeźroczysty, a jednak niektóre boki miał ciemniejsze już z góry, jakby tak im rozkazał być. Po chwili przyglądania się i oceniania, macania i przerzucania piastun w końcu skinął głową. ~ Mimo to solidna robota ~ pochwalił, rzucając mu zadziorne spojrzenie. Po tym upuścił kamień szlachetny w śnieg, siadając wygodnie z powrotem.
~ Możesz już odciąć dopływ maddary. Teraz chciałbym, abyś stworzył coś bardziej żywego. Mamy taką ponurą porę, może jakieś kwiatki albo pszczółki ~ zasugerował pogodnie. Ptaszki, kotki, sadzonki, listki, gałązki! Co jeszcze żywe? Dużo, dużo inszych rzeczy, ale nie czuł powodu podpowiadać dalej. Niechaj ma trochę więcej swobody.
~ Wiesz. Widzę, że nie miałeś chyba zbyt wiele styczności z mentalnymi przekazami, prawda? To ja cię nauczę co i jak. Ogólnie to jest bardzo wygodny sposób wymiany zdań. Odrywają ci język? Nie ma problemu, możesz mówić maddarą. Ktoś cię bije do oderwania łapy? Nic prostszego, wzywasz swojego koleżkę uzdrowiciela tuż przed omdleniem. Nawet możesz umówić się na prywatne spotkania, przekazywać obrazy, a nawet porozmawiać ze swoim drogim kompanem! Tak jak ja i mój łoś teraz, ach! Wiesz, bo za pomocą zacieśniającej się między tobą, a twoim przyszłym kompanem magicznej pętelki możesz was połączyć piękną, cudowną nicią przyjaźni. Czyż to nie jest piękne? Ale wracając - to nic trudnego, naprawdę. Musisz tylko wybrać odbiorcę i przelać magię w swoją wiadomość, czymkolwiek jest. To tak jakbyś tworzył twór... który komuś przesyłasz prooosto do cudzej głowy. Co prawda nie można wpływać w ciało smoka, jeśli się go nie dotknie, co robią wspominani już uzdrowiciele, ale wiesz. To działa na trochę innej zasadzie. Tylko przekazujesz informację. Nie wpływasz na ciało. Ot, tyle. A teraz prześlij mi jakąś wiadomość. ~ zaczął mówić znowu, jak tylko skończył poprzednie zadanie. Klasnął w dłonie i znów, ach, znów czekało go słodkie oczekiwanie na efekty w ciszy.

Niesforny Kolec - 2021-03-16, 13:23

Wzruszenie skrzydeł.
Czujny, młodzieńczy wzrok spoczął na swoim lotnym dorobku. Czyżby do serca mentora wdarła się skaza zazdrości? Sam bowiem dzielił pusty boczek, wiele sobą nie ukazując. Rybka siedział w milczeniu. Dzielnie znosił emocjonalną wypowiedź piastuna, by tknąć go jeszcze raz, jak grubego robaka, niespodziewanie.
- Dlaczego nas wybrali - dopytywał dalej, jakby kolejne argumenty w ogóle do niego nie dotarły. Choć było wręcz przeciwnie. Jedynie nie czuł potrzeby ciągnąc w nieskończoność tego jednego, konkretnego tematu. Nie byłoby w tym żadnej radości. Po pysku znów pełzał enigmatyczny uśmiech.

Komentarze przyjął najbardziej chłodno, jak tylko potrafił. "Sam nie masz lepszych". "Nie zrobiłbyś lepiej". Łapy drgnęły w pojedynczym spazmie. Lecz równie mocno, co nie podobały mu się te słowa, tak chciał stawać się lepszy. Trafiły więc, mniej lub bardziej. W myślach szumiało. Muzyka urwała się w połowie, pozostawiając go sam na sam z ciszą. Ponownie. Kamień zniknął. "Nieidealny".
Nigdy nie widział olbrzymich połaci zielonej, kraśniejącej dzikiej trawy. Jedyne, co go zastało, to grube, ciężkie fałdy śniegu okalające ziemie. Naburmuszył pysk.
Rozbrzmiał niebezpieczny trel. Gryfi świergot zwiastujący kłopoty. Z ciemności umysł wypluł czterołapy kształt. Przenikliwie rozpoczął powolny proces tworzenia. Wspomnienie rozkwitło, choć niewyraźne w wszelkie niezbędne detale. W głębi duszy niezmiernie go to rozsierdzało. Uspokoił się jednak. Wychudzony tułów wyłonił się z niewyraźnej masy. Delikatne wgłębienia pojawiły się na przodzie, niby to imitując żebra. Nie poznał nigdy dokładnego opisu wnętrzności stworzenia. Sam nawet nie wiedział, co ukrywa jego własne ciało. Niemniej to, co widział po smokach, po sobie, po aparycji, mógł przekazać maddarze, niekoniecznie trzymając się w pełni anatomicznego spojrzenia na gryfy. Gęste, puszyste futro powitało niewyrzeźbioniego drapieżnika, pokrywając cały jego tors. Zszarzałe futerko przeszło również i na skrzydła, długie aż po ogon, który to z kolei miał swoją wielkość utrzymywać nie dłuższą od łap, nie szerszą od pazurów zdobiących każdy palec. W kolorze kości słoniowej. Na myśl nasunęła mu się matka wraz z siostrą. Miały pióra, przyglądał się im nie raz. Gryfy również posiadały pióra. Mógł więc spróbować, choć może trochę nieudolnie, nadszarpnąć ich doskonałego owalnego kształtu, losowo rozłożyć na grubych, umięśnionych ramionach skrzydeł, a także nadać pewnej lekkości poprzedzonej nierówną delikatnością w dotyku. Szlachetny kamień już był. Teraz nadszedł czas na szlachetne zwierzę. Wyczuwał pewne podobieństwo w tempie. Również i teraz piosnka rozbrzmiewała nader poważnie, choć zdecydowanie inaczej od poprzedniej. Nie tak basowo. Ćwierkliwie. Z uniesieniem. Dumny orzeł. Lwi król. As przestworzy! Zabrał się za łapy. Przyozdobione niepraktycznymi mięśniami, widocznie bez znajomości ich ułożenia. Lecz nie mogły wyglądać karykaturalnie źle. Nie przesadził aż tak potwornie. Przednie, ptasie, poprzecinane prążkami, tak obficie obdarzone mięsiwem nie zostały - znacznie cieńsze, patykowate wręcz, zakończone ostrymi szponami, nie miękkimi opuszkami. Istota stanęła ciężko w nieokreślonej przestrzeni, obdarzona orlim łbem z finezyjnie zakręconym pierzem. Dziób wpasował się w połowę głowy, z dwoma naprzeciwległymi, zaciemnionymi nozdrzami. Oczy jak dwa paciorki ozdobiły boki ptasiego dzioba, wybielając się. Lwi ogon, podobnież futerkowy, co przód ciała, zakołysał się swawolnie na boki. Szarawa kryza opadała, niesiona przyciąganiem, wzdłuż ciała. I tak uprościł na tyle, ile mógł. Lepiej w końcu stworzyć coś prostszego, acz ruchomego, niż pakować się w nazbyt skomplikowane szczegóły. Pachnący świerkową wonią i stabilnie stojący gryf od początku nie miał być tak ogromny, jak mogłoby się wydawać. Wręcz przeciwnie, podobnież jak poprzednio kamień szlachetny, również i on był w stanie zmieścić się swobodnie w łapie. Lecz Błazenek swoją nie grubszą od kończyny Lotu i nie wyższą od swojej własnej umieścić postanowił tym razem na śniegu, tuż przed sobą. Z chełpliwego gryfiego hymnu wydobył cząstkę magii, przenosząc stwora w prawdziwy świat. "Ruszaj", zadecydował. A niewielka figurka, jak marionetka, którą w rzeczywistości była, miała kłapać dziobem, obracać głową to na lewo, to na prawo, a czasem nawet i trzepnąć spokojnie ogonem. Ot, mała zabawka.

Magiczna mowa. Podniósł gwałtownie wzrok na Lot Rusałki. Nauczy go wchodzić do głów innych? A zatem nadszedł ten moment, aby dowiedział się raz na zawsze, czy będzie w stanie wejść komuś do głowy z wyrwaniem cząstek wspomnień, czy odbiją się tam echem jedynie puste słowa. Obrazy. W trzewiach poczuł niepewność. Naszło go wrażenie, że mylił się za młodu. Zawiedzie się.
Tym razem nie pisnął ni słowa. W pełni skupiony na kolejnym zadaniu utworzył w głowie prostą wiadomość. Wyobraził sobie, jak ta dociera prosto do myśli niby-piastuna. W jego głowie odtworzyła się jego własna wiadomość zawierająca jego własny, standardowy ton. Zebrał moc ze źródła oraz podarował wspaniałomyślnie mentalnemu przekazowi, posyłając w drogę.
~ Wysyłam wiadomość. ~

Dorodny Odyniec - 2021-03-17, 09:45

Pyza jedynie rzucił mu czujne spojrzenie. Otworzył pysk. Zamknął. Nie ukrywał, że odpowiedź w głowie mąciła mu się strasznie. Jakby była na skraju widoku, na końcu języka. Czy to już zapomnienie coraz częściej sięgało po wspomnienia?
~ A może tak naprawdę nie byliśmy inni. Może od początku byliśmy magiczni, bo tak chcieli bogowie i tak nas stworzyli. W końcu wyglądają podobnie do nas ~
spróbował, drapiąc się po głowie. Zaczął zdawać sobie sprawę, że mógł nieźle namieszać. Zaraz, zaraz. Jak to było? Z łez Nieba...? Smocze dusze? Potrząsnął głową. Że też pozwolił swojemu skupieniu się rozproszyć. ~ Nie wiem. Nie pamiętam dokładnie. Magia jest w każdym smoku i na tym się skup ~ dodał pośpiesznie, modląc się w duchu, aby nie kontynuował tematu.
Potem natomiast czekał. Podskoczył, widząc niemego, ruchomego gryfa. Maciupki, oj! Przylgnął bez skrupułów do śniegu, wyciągając dłoń, aby popukać go po głowie szponem. Huh. Niby taki miękki i pluszowy, a poruszał się, mimo wszystko, dosyć drewnianie i powtarzalnie. Ale to nie przeszkadzało. Pewnie na byle motylu nie byłoby tego aż tak widać. Pokiwał jedynie z uśmiechem głową, podnosząc się do pionu.
~ Widzę, że posiedziałeś trochę nad jego wyglądem. Dobrze. Ale widzisz? Dziób trochę niedopracowany. Koloru mu zabrakło, a i kształt mógłby być lepiej określony. Ale to nic. Widzę, że nie pachnie ani nic nie mówi. Tak miało być czy po prostu zapomniałeś? W razie czego tylko przypominam. Nawet możesz dać mu smak swojego ulubionego żuczka ~ zaśmiał się sam do siebie pod nosem, zezując na ucznia. Nie wiedział, czy tylko on w dzieciństwie zjadał robaki, czy może inne pisklęta również?
~ Wysyłam wiadomość zwrotną ~ odesłał z rozbawieniem, pokazując tym samym, iż otrzymał, co miał. Odchrząknął. ~ Masz jeszcze jakieś pytania? Albo czujesz zmęczenie? Jeśli nie, to przejdziemy może do magicznej walki, co ty na to? ~ zasugerował po chwili.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group