FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości Profil Zaloguj Rejestracja

Poprzedni temat «» Następny temat
Liściaste rozstaje
Autor Wiadomość
Axarus 
Smok Wody
Kijanka



Stado: Wody
Rasa: Skrajny
Księżyce: 41
Płeć: Samiec
Opiekun: Graghess
Partner: Szaleństwo
Dołączył: 23 Cze 2019
Posty: 230
Wysłany: 2020-03-18, 23:06   
   A: S: 1| W: 1| Z: 2| M: 5| P: 1| A: 1
   U: B,Pł,L,A,O,W,M,Kż,MP,MO: 1| Skr,Śl: 2| MA: 3
   Atuty: Ostry Wzrok; Szczęściarz; Przyjaciel Natury; Wybraniec Bogów;


Czyli był jaszczurką! Ale faaajnie!To znaczy, że właśnie odblokował uśpione w nim jaszczurze moce! Bo kiedy jest się jaszczurką, ale się o tym nie wie, to wtedy się ich nie ma! To ma bardzo dużo sensu, jeśli się nad tym zastanowi! A może on był i smokiem i jaszczurką? Można być tym. kim się chce, a jeśli ktoś chce być i smokiem i jaszczurką, to się może! Potęga logiki! Co jeszcze potrafiły jaszczurki? Niedługo się dowie! Może na przykład... POTRAFIŁBY LATAĆ! A nie, to już potrafi! No to coś innego! Raaany, nie wiedział. że takich rzeczy się tu o sobie dowie! Dymek Przedymek mu wmawiał, że jest żabą, ale prawda jest inna! Cóż za fascynująca historia! Młody (i zabójczo przystojny) smok dowiaduje się o tym, kim jest naprawdę! Musi przebudzić w sobie tajemne, jaszczurze moce, bo inaczej ich wszystkich czeka zagłada! Tylko on może powstrzymać smoki przed nimi samymi!
- Jestem! Oczywiście, że jestem! Tylko o tym nie wiedziałem! Aż do TERAZ! Słowo Mackonura! Tylko nie mów o tym innym jaszczurkom! Bowiem na pradawnym kamieniu, skrytym w jaszczurzej świątyni, głęboko pod ziemią, zabezpieczonym runami wyryte jest "Jaszczur, jaszczurem nie może być zwany, jeśli z jakiegoś powodu porzucił swe jaszczurze miano i nie był świadom swego pochodzenia, ignorując jaszczurze dziedzictwo i zwyczaje!". No mówię ci, tak tam jest! No powiedz, Takhara! Takhara? Dlaczego zaglądasz mi do torby? Takhaaara! Mówiłem ci, trzeba ładnie poprosić najpierw! - Ona była konkretną wilczycą! Bierze to, co jej! Silna i niezależna! Stanęła na łapach i opierając się o Axarusa, zaczęła pyskiem grzebać w jego torbie! No i wyciągnęła z niej takiego soooolidnego kraba! I potem szła gdzieś ze swoją zdobyczą! A potem sobie go podgryzała i znowu wracała do torby! Trochę się uzbierało tego! [2/4 mięsa] A Takhara jadła i jadła, aż w końcu się najadła! Wtedy położyła się i znów wsłuchiwała się w dyskusję Axarusa i jego halucynacji, a raczej ICH halucynacji! Tak się składa, że oboje byli halucynowani w tym samym momencie! Napięty grafik musiała mieć ta Jaszczurka!
- Nieee! Tylko nie moje zęby! Ja tam lubię moje zęby, wiesz? Na pewno wiesz! Ale możesz mi pomóc z wyrywaniem krabów! TAK! Nie przesłyszałaś się! No bo one siedzą w tych swoich norkach i je trzeba wyrwać! A skubane są silne, serio! Raz się z TAAAAKIM krabem siłowałem! Na śmierć i życie! - Położył się na ziemi, a następnie rozłożył łapy, by pokazać swojej halucynacji jakiego kraba złapał! Takhara zamruczała znużona, już dość miała gadania o tych krabach! Jej kompan był fanatykiem łowienia tych stworzeń! Pół groty zawalone krabami! Średnio raz na księżyc ktoś w Przystani wdepnie łapą w krabi szczypiec i musi lecieć z tym do uzdrowiciela, by mu to wyciągnięto, bo tak mocno się wbija! Ona już kilka razy była zmuszona do bycia na takim zabiegu!
- No pewnie, że mamy! A czego my tutaj nie mamy? Mamy więcej bogów! Jest taki Kaltamen na przykład! To ten bóg czarności! Można się z nim normalnie spotkać! W tej Świątyni! On wtedy robi takie magiczne SZURURU i nas ochrania jakoś! I wtedy możemy iść na wyprawy! W NIEZNANE! Tyle się tam dzieje! I czekaj, KUPCZYNI? Alee to fajnie, Torvi! Będę ci Torvi mówił! Ale wiesz, co? ODNAJDZIEMY twój towar! Słowo Mackonura! A co do Mackonura, czyli mnie! Bo z tym mianem się wiąże ciekawa historia! Ona pochodzi od Wujka Mackołapa, który o dziwo nigdy w życiu nie miał macek, a potem to nawet też łap! Tęsknie za Wujkiem Mackołapem! Takhaaaraaa? Odwiedzimy kiedyś Wujka Mackołapa? Torvi? Odwiedzisz z nami Wujka Mackołapa? Nadal pamiętam jego ostatnie słowa; "Napoisz mnie na zgonie?", ale tak teraz myślę, ze chodziło o to, że stoję mu na ogonie! Ciekawe dlacz... - Axarus zaczął się mocno rozgadywać! A jak mu wchodziła jakaś głębsza historia, to musiał sobie iść! I tak szedł aż w końcu zaszedł nad jakieś rozstaje! Takhara oczywiście szła za nim! Oby Torvi też to zrobiła! Ale była jego halucynacją, a to zobowiązuje!
- ... i tak właśnie Wujek Mackołap stracił swój ostatni ogon! No mówię ci, historia jakich mało! Miał wtedy właśnie taką miną! - I wywalił jęzor, łapy rozszerzył, a palce wygięły się we wszystkie strony świata, a oczy oczywiście jakieś takie skośne się zrobiły! Pysk też jakoś wykrzywił, a krótko po tym Axarus wrócił do swojej normalnej pozycji.
- Zapomniałbym! To przez te historię o Wujku! On zawsze się patrzył na mnie, oczywiście tym swoim zdrowym okiem i sobie różne historie opowiadaliśmy, przez to mi to tak weszło! To nie, nie zamieniamy się! Ja kodeks halucynowanych znam jak Szepczący Las w moich stronach! NIGDY TAM NIE BYŁEM! Hahah! Możesz się zamienić z Takharą! Ty halucynujesz i ją i mnie, ale nasze procesy halucynowania są różne! Haha, rozgryzłem ten system! Mogę ci dać za to... glonki! Takie do jedzenia, chcesz? Mam ich dużo! - I wyciągnął ze swojej torby trochę glonów, które nazbierał przez ostatnie czasy! Mógł się podzielić! Były zdrowe i pożywne, no i nadal pachnęły morzem! Torvi na pewno na to pójdzie! Jakby to powiedział Wujek Mackołap "Hmffghl!". Święte słowa!
_________________

Ostry Wzrok
Wszystkie testy percepcji na polowaniu/wyprawie oparte na danym zmyśle, (wzrok [kamienie szlachetne]) mają dodatkową kość.

Szczęściarz
W przypadku braku sukcesów podczas rozsądzania akcji, Atut zamienia ten wynik na 1 sukces.

Przyjaciel Natury
Drapieżnik nigdy nie atakuje smoka jako pierwszy, to do smoka należy pierwszy ruch.

Wybraniec Bogów
+1 sukces do akcji raz na walkę/polowanie/raz na tydzień w leczeniu/raz na dwa tygodnie w polowaniu łowcy/misji.

 
 
Torvihraak 
Samotnik
samozwańczy kupiec



Stado: Waham się
Rasa: Powietrzny
Księżyce: 78
Płeć: Samica
Mistrz: Błąd życiowy
Partner: Ktoś, kogo nie znacie
Dołączyła: 16 Sty 2020
Posty: 119
Wysłany: 2020-03-20, 10:32   
   A: S: 1| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 1
   U: Pł,O,A,W,MO,Skr: 1| B,MA,MP: 2
   Atuty: ostry wzrok, chytry przeciwnik, przyjaciel, regeneracja, utalentowany


    W miarę, gdy mackowaty mówił o jaszczurzym kodeksie, pysk Torvihraak przyjmował coraz bardziej morderczy wyraz. Przynajmniej czarnołuska miała nadzieję, że to to robił, bo się starała.
    -Ty? Jaszczur? Jesteś jaszczurem?- wycharczała, po czym zaczęła obchodzić smoka dookoła, nie spuszczając z niego spojrzenia oczu niczym z płynnego złota -Jeśli znasz kodeks jaszczurzy, to musisz wiedzieć, że jaszczurki i jaszczury od zarania dziejów toczą świętą wojnę o dominację nad Ponadświatem.
    Wy, jaszczury - pospolici brutale, pozbawieni jakiejkolwiek finezji i gustu, jesteście zamknięci na wiedzę, której zdobywaniu, my, jaszczurki, poświęcamy cały nasz żywot -
    Wzięła głęboki wdech, przysiadła i chwyciła się za pysk łapą, jakby miała wszystkiego dość -Nie dość, że nie jaszczurka to jeszcze jaszczur. W co ja się wplątałam- powoedziała pod nosem, ale jednak wtstarczająco głośno, aby Axarus ją usłyszał. Nagle wstała i przeszyła Wodnego zimnym, kalkulującym spojrzeniem. -Ale wcześniej o tym nie wiedziałeś.... Mogę więc uznać, że ja dalej nie wiem, że ty wiesz i traktować pana, panie Macka, jak zwyklego smoka, bo jednak mimo wszystko jestem pana halucynacją i gdybyś zginął w wyniku, ach, obrażeń pomagicznych powiedzmy, takich po walce między Jaszczurem, a Jaszczurką, to straciłabym pracę, a składki członkowskie do Stoważyszenia Najlepszych Jaszczurek Wrogów Jaszczurów, w skrócie SNJWJ- powiedziała to szybko, niczym jedno słowo -z czegoś trzeba płacić. Więc zawieszenie broni?- podała mu spaloną łapę na zgodę, obserwując kąte oka poczynania wilka. Kraby kradł. Kraby i tylko kraby. Nie będzie mu się potem pić chciało? Chociaż może to były słodkowodne kraby? Może po nich się pić nie chce? A może wilk już tyle w życiu krabów zjadł, że przyzwyczaił się do nieustającego cierpienia, bo życie to tylko chaos, pożądek jest iluzją, a szczęście jest kłamstwem i żyje się tylko po to, aby odczuwać ból i smutek i na końcu tego wszystkiego umrzeć i oddać się w cudowne, rozkoszne objęcia nicości? Torvihraak prawdopodobnie nigdy nie będzie tego wiedziała.

    -Ale wiesz, możesz lubić swoje zęby, ale twoje zęby mogą nie lubić Ciebie. Mogą być złymi zębami, które tylko istnieją, aby ciebie denerwować. Czy jesteś 100% pewien, że twoje zęby... pana lubią, panie Macka?- wymruczała, a potem sama przylgnęła do ziemi, tak aby jej głowa znajdowała się tuż przed głową zielonego
    -O nie! Umarłeś? Bo to taki straszny twór - krab. Czy umierasz za każdym razem jak polujesz na kraba? Będziesz mnie musiał tego nauczyć, żebym ci mogła potem toważyszyć w wyrywaniu krabów i być może pomóc nieumrzeć. Chociaż czekaj, czy halucynacje mogą być pomocne? W kodeksie było coś o tym- wstała i przekrzywiła łeb -Że żadna halucynacja pomocną nie może być.... albo że właśnie może? Było tam nie, czy nie było? Chociaż z tego pytania wynika, że jednak nie było, tylko to znaczy że tam nie było, czy było nie???- chwyciała smoka za barki i potrząsnęła nim, mówiąc coraz głośniej i wręcz z paniką w głosie.

    To jest niesamowite, ale Axarus dał radę przez chwilę pozbawić Kupczynię słów. Szururu, świątynia, Kaltamen (Kaltafon?). To... niesamowite było. Niesamowita historia. Powinna pobierać nauki pieprzenia od tego smoka. Szła za nim, lekko kuśtykając. W końcu ochrząknęła -Nie trzeba mieć... macek, aby zostać Mackołapem. Może on miał historię bogatą w łapanie macek? I dziękuję, ale mój towar raczej już nie żyje. Umarł w butach. Koniec. Memento mori, czy jakoś tak. Ale dziękuję, dziękuję.- kiwała łbem -Tak, zdecydowanie. Oraz z taką miną, to na lewno mówił wcześniej o tym, że stoisz mu na ogonie. Na pewno. Słowo halucynacji. Bardzo poruszająca historia, bardzo. Taka z morałem i bardzo głęboka. Myślałeś kiedyś nad pisaniem edukacyjnych tekstów dla ogólnego dobra... smoczości? Zapisałbyś się w dziejach, jestem tego pewna!-

    Mruknęła, drapiąc się po pysku w jakby zamyśleniu. Mruknęła drugi raz, tym razem głośniej, bardziej intensywnie, po czym spojrzała na Axarusa, a na jej pysku wyrósł szeroki uśmiech pełen ostrych zębisk -Przyjmę glony i zgodzę się zaryzykować pod [b] dwoma wyarunkami- wyciągnęła dwa szpony -Po pierwsze, dostanę wynagrodzenie halucynacjj tak, jakbym ją dalej była. Po drugie... jeszcze tego nie przemyślałam, ale coś chcę na pewno. I wiesz, ja też nigdy nie byłam w Szepczącym Lesie, a skoro ani ty, ani ja, ani Takhara, przynajmniej tak mi się wydaje, tam nie byliśmy, to można uznać, że to miejsce dla nas nie istnieje. Tak jak kodeks halucynacji. ... hmm, wymyśl coś, co będzie drugim warunkiem, dopiero wtedy się zgodzę. Co ty na to?- uśmiechnęła się
_________________

Ostry Wzrok
Dodatkowa kość do testu Percepcji opartego na wzroku [kamienie szlachetne]
Chytry Przeciwnik
+2 ST do akcji przeciwnika raz na pojedynek/polowanie/raz na dwa tygodnie w wyprawie/misji/polowaniu łowcy.
Przyjaciel
raz na polowanie smok może zmusić drapieżnika do oddalenia się bez atakowania smoka lub jego towarzyszy.
Regeneracja
raz na tydzień wyleczenie rany lekkiej lub zmniejszenie powagi cięższych ran
Utalentowany
Smok może nauczyć się dwóch umiejętności na poziom 3, ale wtedy może mieć tylko jedną umiejętność na poziomie 2. Atut nie ma wpływu na niższe poziomy U.

takie w sumie fullbody
 
 
Aedal 
Smok Ognia
nieokreślony



Stado: Ognia
Rasa: Skrajny
Księżyce: 6
Płeć: Samiec
Opiekun: Łaknienie Pożogi
Wiek: 91
Dołączyła: 29 Kwi 2020
Posty: 20
Wysłany: 2020-05-04, 19:02   
   A: S: 3| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 1| A: 4
   U: B,Pł,W: 1


    MAŁY GŁÓD

    Nagle jakaś zielonawa, chuderlawa łapka otworzyła okno karawany, jaka najwyraźniej nie śpieszyła się nigdzie i zadecydowała - a bardziej jej obecni właściciele - że to będzie jej miejsce postoju. Wielkie, wyłupiaste oczka wyjrzały zza firanki, dziko rozejrzały się po ciemnym jak wnętrze jaskini terenie... i bam! Mała, trzęsąca się postać wypełzła na trawę. Z dłońmi na piersi strzygła uchem pośpiesznie, a łysa główka pochyliła się by stworzonko mogło spojrzeć na własne stopy, zresztą włochate i zarośnięte. Wyglądał na niezmiernie zmieszanego, mniejszego niż połowa mocarnego koła tuż za nim, ba, przytłoczonego ogromem tego głośnego pojazdu.
     A śmiechom znów nie było końca. Przez otwarte okno wyraźnie było słychać okrzyki pełne radości i seplenienie:
     — Pamiętasz kiedy zabraliśmy ten totem?! Ta mina Eustacha była bezcenna, serio, słuchaj, bez-cen-na! Pamiętasz? Albo wtedy gd--
     — Taaak... — mruknął drugi. Cienie rozpostarły się na firanach, gdy uniósł bezradnie dłonie... za czymś, czego już światło lampy naftowej nie złapało. Wtem po polanie rozeszło się łupnięcie upadającego krzesła i pierwszy wybuchnął cienkim chichotem.
     — Stary--ahahah, ej, no weź, weź, co ty... no co ty robisz, wstań normalnie! — Śmiał się do rozpuku pierwszy. Cienie dwóch, długich sylwetek opadły na ziemię; pierwszy capnął drugiego bezsilnie za ramiona i ciągnął, och, jak ciągnął, że aż tchu mu zabrakło.
     Gruba, pryszczata mordka wyjrzała pędem zza ramienia czy przypadkiem roześmiane, pijane twarze nie zauważyły zguby... i zaczęło przyśpieszać. Bąknął coś pod nosem, grzebiąc szponem między wielkimi kłami w wielkiej gębie. Była tak wielka, że... że nawet odstęp od Obozu Ognia, a Ziemi był mniejszy, lecz czy to miało znaczenie, jeżeli jej nie otwierał w pełni? Stworzonko zgięło plecy w łuk, zatrzęsło tłuszczem na ogromnym brzuchu i, ot, zaczęło odchodzić. Truchtem uciekał spod karawany, panicznie spoglądając za siebie.
     — Jozin, Jozin, ej, Jozin — zaczął szczebiotać pierwszy. W jego głosie było słychać, że pijacka radość powoli go opuszczała: — Jozin, widziałeś Kluchę?
     Jozin oparłszy się o przewrócone krzesło, mlasnął niechętnie. Złapał się za zmarszczony, ogromny nos i... zamilkł.
 
 
Obgryziony Kolec 
Adept Plagi


Stado: Plagi
Rasa: Skrajny
Księżyce: 13
Płeć: Samiec
Opiekun: Spuścizna Krwi, Poszept Nocy
Dołączyła: 06 Lut 2016
Posty: 1127
Wysłany: 2020-05-04, 20:49   
   A: S: 4| W: 2| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 2
   U: B,W,L,M,A,O,Śl,Skr,MP,MA,MO,Kż: 1
   Atuty: Ostry wzrok;


Już raz zdarzyło mi się odwiedzić Tereny Wspólne. Było to jednak kilka dobrych księżyców temu, a do tego w towarzystwie. I to jakim! Nie dość że miałem przy swoim boku mamę i brata, to jeszcze poznałem Ognistą część rodzinki. Teraz jednak było inaczej. Otrzymawszy, zresztą nie tak dawno temu, pozwolenie na samotne wędrówki z dala od terenów Plagi, zdecydowałem się wreszcie z niego skorzystać. Tak więc zrobiłem sobie przerwę od niekończących się treningów i ruszyłem na pieszą wędrówkę, licząc na jakąś przygodę. W końcu przydałoby się wreszcie kogoś poznać i trafić na okazję do zabawy, prawda? No, jakby nie patrzeć jak na razie nie miałem zbyt wiele szczęścia jeśli chodzi o spotkania towarzyskie... Tak więc raźnym krokiem i z nadzieją w sercu przedzierałem się przez nieznane mi tereny, w poszukiwaniu czegoś wartego uwagi. I właśnie w taki sposób trafiłem tutaj. Zaalarmowany jakimiś dziwnymi dźwiękami, spiąłem się nieco i pamiętając o wszystkich przyswojonych umiejętnościach przygotowałem swoje ciało do akcji, gdyby okazało się to niezbędne. W uszach brzęczały mi wszystkie ostrzeżenia matki, o tym że poza Obozem nigdy nie mogę czuć się całkowicie bezpieczny, nawet pomimo tego, że potrafiłem już się obronić. W końcu kto wie co tu mogło na mnie czyhać? Jakiś dziki zwierz? A może jeden z tych niedobrych Wodnych lub Ziemnych, którym nie wolno było ufać? Przygotowany niemal na wszystko zacząłem przedzierać się przez okoliczną roślinność, żeby sprawdzić źródło tych dźwięków. A gdy je dostrzegłem... zamarłem. Co to niby było? Jakiś śmieszny wozik z drewna? Może wytwór maddary? Przetarłem nawet łapą ślepia, żeby upewnić się że to wszystko nie jest tylko zwykłym przywidzeniem. Jednak nawet pomimo tego, wszystko co widziałem pozostało na swoim miejscu. Włącznie z tymi małymi pryszczatymi stworzonkami, które zdawały się... rozmawiać? Przy tym nie wyglądały na zbyt groźne, dlatego wynurzyłem się z krzaków i stanąłem w bezpiecznej odległości od nich, wlepiając w nich niedowierzające spojrzenie. Gadające włochate potworki i do tego dziwnie wyglądające drewniane coś. No niech mnie ktoś uszczypnie...
_________________
Atuty:
* Ostry Wzrok - Wszystkie testy percepcji na polowaniu oparte na danym zmyśle mają dodatkową kość
 
 
Aedal 
Smok Ognia
nieokreślony



Stado: Ognia
Rasa: Skrajny
Księżyce: 6
Płeć: Samiec
Opiekun: Łaknienie Pożogi
Wiek: 91
Dołączyła: 29 Kwi 2020
Posty: 20
Wysłany: 2020-05-04, 23:22   
   A: S: 3| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 1| A: 4
   U: B,Pł,W: 1


    Stworzonko w reakcji na swoje imię przyśpieszyło, biegnąc na oślep. Nie minęła ledwo sekunda, a ten już dyszał jakby pokonał Szranki Nenyi sam on, samiutki wszystkie konkurencje, heros areny. Przetarł nadgarstkiem cieknące śliną, gumowe usta. Klucha złapał się za bijące w piersi serce, spoglądając na smoczysko przed nim, zresztą mające tyle wzrostu co on. Obejrzał się panicznie, raz jeszcze w stronę karawany i bez ostrzeżenia wślizgnął się pod łapy młodzika, tuląc do przedniej prawej. Upadł na kolana, skomląc coś cichutko, a z okna ulatywało dalej, kontynuując spektakl cieni.
     Wielka, włochata głowa wirowała w kółko. Buty tupały z brzdękiem stali, kurtka szeleściła z każdym ruchem ramion postaci - a tych było sporo, bo mówca żarliwie gestykulował. Druga postać, nadal leżąca bezsilnie na ziemi, po prostu obserwowała jak rajcował w panice:
     — Jozin, na miłość boską, jak to nie wiesz, gdzie jest Klucha?! Był tu, przy nas, przed chwilą, jaśnie panie!
     — Bo się zapowietrzysz... — burknął letargicznie Jozin. Wodził na ślepo dłonią, szukając oparcia w krześle. Nareszcie nieumiejętnie wstał na własne dwie nogi i był niewiele wyższy od zestrachanego kolegi. Zachwiał się krótko, wijąc ramieniem w powietrzu dla równowagi i coś powiedział niewyraźnie; pewnie przeklął, lecz kto to wie. — Weź leki, z tobą gorzej niż z babą.
     — Jozin, Jozin, naprawdę, słuchaj, widziałem go tu przed chwilą, tu, o tu, przy ścianie, siedział i pił z nami, też się śmiał, nie wiem gdzie on jest, Jozi--
     — Łeb mnie boli, nie tup tak... niech to szlag, to tylko skrzat — wymruczał, chwytając się za skronie.
     — JOOOZIN! Toć to GRUBY chochlik! Chochlik żony Eustacha! Żarłok, tak jak ona! Dlaczego w ogóle się rozst-- a, a, a, nieważne, obowiązki, JOZIN, MAMY OBOWIĄZKI. Idę za Kluchą, gdzieś musi być nieopodal! Klucha przecież nie da rady daleko biec, no nie da, po prostu nie da, za dużo je, on sobie sam nie poradzi, zawsze coś podż--
     — No idź już, cholero!
     Długi cień sięgnął ku wieszakowi, przyodział rychło kapelusik, jaki spłaszczył trochę jego głowę, po czym coś jeszcze krzyknął w szaleństwie pośpiechu. Runął za firanę, w oknie błysnęło rudym kolorem, raptem szal zafurkotał w powietrzu i tyle go było. Kilka mocarnych, gromkich tupnięć... miało się wrażenie, że zaraz powóz się zarwie pod siłą tych kroków, że to, co wyjdzie przez drzwi będzie potężniejsze niż olbrzym od fasoli. A nuż to niedźwiedź był, włochaty i wielki, rozumny humanoid o bajecznym meloniku czy też ork paskudny.
     Zielony chochlik wtulił się w przedramię Obgryzionego Kolca, mieląc coś w gębie.
     Klamka szarpnięta.
     Cisza.
     Szarpnięta raz jeszcze, raz jeszcze, całą siłą, jakby stwór się na nią uwiesił i wyrywał z nawiasów wielkie drzwi.
     — Zakluczyliśmy drzwi, baranie! — ryknął Jozin. Wyprostował się, jęknął boleśnie, gdy szarpnięcia ustały. Przeszedł z kąta pokoju do drugiego, biorąc szklankę oraz buteleczkę z niskiej półki. Po nim zrejterował wzdłuż karawany ten włochaty. Przeszukał chyżo szafeczki, skakał w górę, to schylał się jak tylko mógł, że w plecach chrupnęło, szukał dokładniej niż najbiedniejszy smok, aż... jął w niedowierzaniu:
     — Klucha zjadł klucz... O MATKO, NIE WYJDZIEMY STĄD, KLUCHA ZJADŁ KLUCZ, ON ZGINIE SAM, MY ZGINIEMY BEZ NIEGO!
     Jozin westchnął, a chochlik jak mielił w gębie, tak mielił dalej.
 
 
Obgryziony Kolec 
Adept Plagi


Stado: Plagi
Rasa: Skrajny
Księżyce: 13
Płeć: Samiec
Opiekun: Spuścizna Krwi, Poszept Nocy
Dołączyła: 06 Lut 2016
Posty: 1127
Wysłany: 2020-05-05, 16:30   
   A: S: 4| W: 2| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 2
   U: B,W,L,M,A,O,Śl,Skr,MP,MA,MO,Kż: 1
   Atuty: Ostry wzrok;


Czy to mnie dotyka? Lepi się cholerstwo! Gdzie mi tu do łapy się przyciska, brzydal jeden! Zarazi mnie czymś jeszcze... tuszą może? Weźcie go, bo nie ręczę za siebie i jeszcze przypadkiem na niego usiądę... Albo nie. Jakoś tak się rozmyśliłem, kiedy stworzenie zaczęło się miotać w panice i przyciskać mocniej do mojego ciała. Cóż, chyba wychodzi na to, że będę musiał zabawić tutaj na dłużej, chociaż nie do końca takie towarzystwo miałem w planach spotkać. Początkowy szok wywołany dziwnie wyglądającymi istotami, rozpłynął się błyskawicznie wraz z pojawieniem się tego potworka, który tak uparcie używał mojego cielska jako ochrony. Albo zapory czy płaszcza? W sumie nie istotne. Te początkowe uczucia zastąpiła pewnego rodzaju fascynacja i chęć poznania tego, co się za tą całą sytuacją kryło. No, ale może po kolei, bo skacząc od razu po rozwiązanie, pewnie nic nie zdziałam. Niewiele wiedziałem o istotach innych niż smoki, dlatego też nie do końca wiedziałem z czym mam tu do czynienia, ale panika w przypadku wszystkich wyglądała tak samo. I na pewno nie wnosiła nic dobrego, dlatego przydałoby się jej pozbyć. Z cichym szmerem rozłożyłem skrzydło i zakryłem nim swoje przednie łapy, żeby odciąć skomlącego chochlika od tych wszystkich wrzasków. Jednocześnie przysiadłem powoli na tylnych łapach, w taki sposób, żeby mój towarzysz wciąż miał swoje miejsce między moimi kończynami. Niech już się do nich przyciska skoro musi. Byle tylko mnie nie obślinił! Przez chwilę patrzyłem na chochlika nieco zmieszanym wzrokiem, a potem uniosłem lewą łapę i położyłem mu na głowie, żeby go uspokajająco popacać. Eh, przydałoby mi się przeszkolenie z zajmowania zwierzętami...
- No już, już... Kogo pogryźć? - rzuciłem do niego pogodnym tonem, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. Cóż, najpiękniejszy to on nie był, ale może był w stanie co nieco zrozumieć? Chociaż to, że tak beztrosko podbiegł do smoka raczej nie świadczyło o nim najlepiej. Jakby nie patrzeć mógłbym go zjeść, nie bacząc na jego przerażoną minę, prawda?
- Mówisz? - dodałem jeszcze, żeby mieć wszelką pewność co do jego umiejętności, a potem licząc na to, że uspokoił się nieco, zacząłem mu się przyglądać. Uważnie studiowałem go wzrokiem, chcąc znaleźć jakąś wskazówkę. Może dostrzegę co tak uparcie mielił w gębie?
Jednym uchem starałem się też podsłuchiwać, co mówili tamci, w tym drewnianym wozie. Byłem niemal pewny, że obok tych wrzasków nie dało się przejść obojętnie, a ich rozmowa wbrew pozorom miała całkiem sporo sensu. Jeżeli to coś między moimi łapami nie okaże się szczególnie rozmowne, to zawsze mogłem podejść do nich, prawda? Zwłaszcza... że zdawali się mieć problem z drzwiami. A skoro tak, to nawet jeśli byliby niebezpieczni to nie będą mogli do mnie sięgnąć! No, plan idealny! Teraz trzeba już tylko zacząć go powoli wdrażać...
_________________
Atuty:
* Ostry Wzrok - Wszystkie testy percepcji na polowaniu oparte na danym zmyśle mają dodatkową kość
 
 
Aedal 
Smok Ognia
nieokreślony



Stado: Ognia
Rasa: Skrajny
Księżyce: 6
Płeć: Samiec
Opiekun: Łaknienie Pożogi
Wiek: 91
Dołączyła: 29 Kwi 2020
Posty: 20
Wysłany: 2020-05-06, 15:23   
   A: S: 3| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 1| A: 4
   U: B,Pł,W: 1


    Klucha spojrzał w górę. Jego twarz w niemrawym poblasku karawany wyglądała jak obrośnięte starością jabłko, zresztą zgrzybiałe na boku... ale trudem byłoby powiedzieć, że stworzonko jest stare. Co chwila mlaskał, wpatrzony niczym w obraz, a zza zgrzytających zębów coś błyskało srebrem raz po raz. Chyba nikt nie patrzył tak ufnie na pysk adepta Plagi jak pulchny chochlik. Jego oczy były równie wielkie co wiecznie ruszające się usta, lecz szkliste na umór. Nie wydawało się, żeby w pełni rozumiał słowa Obgryzionego Kolca. Ino uśmiechał się niepewnie, przytakując na cokolwiek, o co pytał, po czym oblizał się obrzydliwie. Zrozumiawszy słowo "pogryźć", Klucha kłapnął kłami powietrze, zupełnie mijając się z sensem wypowiedzi. To właśnie wtedy klucz przewinął się na języku grubasa.
     — Uspokój się — warknął Jozin, znów przechodząc na drugą stronę karawany. — Jeżeli ci tak bardzo zależy to droga wolna, okno otwarte.
     — Cz-czekaj, co? Okno otwarte?! JAK STARĄ KOCHAM, KLUCHA TĘDY UCIEKŁ! JOZIN, PĘDEM, JOZIN!
     — Nie pośpieszaj mnie, do diaska.
     Znikąd krzesło szurnęło. Buty tupały, łupały podłogę na miarę lawiny. W oknie pojazdu pojawił się cień oparcia, aż wreszcie z piskiem desek podobnym do odgłosu przejechanego kota - pojawiło się samo oparcie. Było szerokie, z dębowego drewna oraz mało fikuśne. Proste krzesło, nieomal robione na szybko.
     Puknęło dwa razy. Jęk, typowy towarzysz wysiłku, zabrzmiał wśród pukań niestabilnych nóżek siedzenia. Mały melonik pojawił się w pełni światła lampy naftowej, szczycąc się nieskazitelną czernią materiału. Po chwili burza rudych, kędzierzawych włosów ujawniła się w okiennicy, a małe, choć zbrukane pracą dłonie capnęły ramę. Wciągnął całą siłą ciężar swojego ciałka. Kaszlnął, wdrapawszy się. Ustał wahliwie, chwiejąc się do przodu oraz do tyłu na przemian. Rozmówca w kamizelce ze skóry, z długim szalem okazał się nikim więcej niż chuderlakiem, zaś w dodatku niziołkiem. I po twarzy od razu było widać, że cykał się bardziej od tchórza, a żadna dawka alkoholu w tym nie mogła pomóc. Uniósł szare oczka znad mocarnych butów i...
     — JoOzin... — pisnął, trzęsąc się cały. Obejrzał się prędko za siebie, próbował wrócić do karawany, lecz nawet to skończyłoby się bolesnym upadkiem.
     — Elwrick, czego ty znowu chcesz — odburknął.
     — S-smooOOK!
     Raptem znowu zaszurało, łapy pociągnęły rudzielca na dół i czerwona twarz ukazała się tam, gdzie przed chwilą stał Elwrick. Wymienili kilka szeptów, a następnie chłop się wyprostował. Jozin był korpulentnym niziołkiem, przypominającym krasnoluda-profesora z kozią bródką. Poprawił okulary na swoim ogromnym, szkarłatnym od pijactwa nosie, pośpiesznie zapiął do końca koszulę z lnu i począł mówić:
     — Uh... jestem zmęczony i tak dalej, więc przejdźmy do rzeczy, dobra? Widziałeś, albo widziałaś, skrz--chochlika mniej więcej mojego wzrostu? Włochaty, gruby, łysy. Trochę nam się... zgubił... — spojrzał za siebie, a szept uniósł się w powietrzu. Przytaknął krótko, a następnie kontynuował: — No i nie zjedz nas, oczywiście, jeżeli nie lubisz bawić się w formalności.
 
 
Obgryziony Kolec 
Adept Plagi


Stado: Plagi
Rasa: Skrajny
Księżyce: 13
Płeć: Samiec
Opiekun: Spuścizna Krwi, Poszept Nocy
Dołączyła: 06 Lut 2016
Posty: 1127
Wysłany: 2020-05-06, 20:43   
   A: S: 4| W: 2| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 2
   U: B,W,L,M,A,O,Śl,Skr,MP,MA,MO,Kż: 1
   Atuty: Ostry wzrok;


Brzydkie to takie, ale jakie pocieszne! Mielił tą gębą, mielił... przytakiwał sam nie wiedząc na co... Wlepiał we mnie to ufne spojrzenie jakbym był jakąś owieczką, a nie smokiem z krwi i kości. No, jeszcze chwila i go sobie zatrzymam. Zrobię sobie z niego bezrozumną zabawkę, nacieszę jego podstarzałą buźką, pochwalę innym jaki jest śmieszny... a jak mi się znudzi to odgryzę mu głowę i postawię w grocie, licząc na to, że nawet pośmiertnie nie przestanie ruszać jadaczką. No, jakie pokraczne byłoby to trofeum! Zwłaszcza, że potworek chyba nie zdawał sobie sprawy, że sam całkiem nieźle nadawał się na jedzenie. Może to kwestia tego, że w swoim życiu zbyt wiele już przeżuł? W końcu może i ładny nie był, ale każda świeża krew smakowała równie dobrze. Prawda? O proszę, jaki cudowny pomysł przyszedł mi do głowy! Rozsądek jednak całkiem szybko podpowiedział mi, że powinienem go porzucić. A zresztą! I tak byłoby z tym wszystkim za dużo użerania, bo już teraz było widać, że moje słowa ani trochę nie nabierają dla niego znaczenia. I jak niby dotargałbym go aż do swojej groty? Nie, to nie ma sensu. Tak więc pozostawiłem całą tę kwestię w strefie niespełnionych marzeń, a zamiast tego niemal się roześmiałem, widząc jak istotka gryzie powietrze. No trzymajcie mnie... Ale zaraz? Czy tam coś nie błysnęło? Jakiś metal o dziwnym kształcie przyciągnął mój wzrok, kiedy chochlik rozdziawił paszczę na całą szerokość. Ciekawe to. Połasiłbym się nawet, żeby mu to zabrać by nacieszyć tym chciwe oko, ale jak to zrobić nie dając mu się obślinić? A może by tak... mała zamiana? Utrzymując na pysku pogodny uśmiech, zupełnie jakbym nie planował wcześniej żadnego zabójstwa, sięgnąłem łapą do swojego łba i jednym zgrabnym szarpnięciem pozbawiłem się jednego pióra. Nie lubiłem ich, a cholerstwa cały czas odrastały, mimo mojego zamiłowania do ich wyrywania. Może by się w końcu na coś przydały? Tak więc, trzymając w łapie czarno-białe piórko, podsunąłem je chochlikowi niemal pod nos. No popatrz, dziwaku. To pachnie zdecydowanie ładniej niż to twoje śmieszne metalowe!
- Am, am.. - mruczałem do niego, przypominając sobie, że jako pisklę właśnie tak określałem jedzenie. Cóż, może to coś było na podobnym etapie rozwojowym co wtedy ja i da się nabrać na taki trik. No bierz to, a wypluj tamto! Na pewno jakoś się dogadamy...
I wtedy w oknie pojawiła się ta ruda burza włosów. Zwróciłem w jego kierunku pysk i zmierzyłem go czujnym i uważnym spojrzeniem. Niskie, włochate, dziwne... A potem się odezwało, a mi kąciki pyska samoistnie wygięły się w drwiącym uśmieszku. Och, jakież to przerażone!
- Raczej wyrośnięta jaszczurka! - rzuciłem do niego pospiesznie, nie mogąc powstrzymać się od malutkiego psikusa, który miał pokazać mi jeszcze większy wyraz trwogi na pysku dwunoga. Dosłownie chwilę później rozwarłem pysk i kłapnąłem zębami, niemalże parodiując wcześniejszy ruch chochlika. Mmm... powietrze. Pycha.
Nim jednak zdołałem dostrzec upragniony grymas głowa zniknęła i została zastąpiona inną. Jeszcze bardziej włochatą i jakąś taką mniej przerażoną. Eh, no nic. Poprawiając skrzydło, żeby z całą pewnością zasłaniało chochlika przed wzrokiem niziołka, wysłuchałem jego słów z nieco poważniejszą miną. Fakty też zaczęły mi się powoli łączyć w głowie, a cała sytuacja rozjaśniała się powoli. Nie wygadałem się jednak od razu, najpierw łasząc się na niezbyt pochlebną uwagę, która mimo wszystko była zabarwiona żartem. A może ostrzeżeniem i obietnicą jednocześnie? Niech sami zdecydują.
- Nie muszę. Jesteście tak głośno, że zaraz cała puszcza zmówi się żeby was pożreć - mówiąc to, pozwoliłem, żeby delikatny uśmiech rozjaśnił mi pysk. Oni nie atakowali, ja nie atakowałem. W takim razie mogliśmy grzecznie porozmawiać, prawda? No! W takim razie do interesów...
- Może widziałem, może nie widziałem... A po co wam on? - odpowiedziałem w sprawie chochlika, chcąc dowiedzieć się nieco więcej przed ewentualnym oddaniem mojej nowej zabawki, która sama się do mnie przylepiła. Wlepiłem w brodacza wyczekujące spojrzenie, jakbym bardzo "subtelnie" prosił o informację.
- A. I jestem samcem - dorzuciłem, żeby wiedział już jak ma się do mnie zwracać. Jakoś nie bawiło mnie to, że mógłby mówić do mnie jak do samicy. Tę jedną informację mogłem mu zdradzić. Jednak co do wyjawiania imienia nie byłem taki chętny. Kto ich wie, co mogliby z nim zrobić. Zresztą oni też się nie przedstawili, więc nie czułem się zobowiązany. To, że wcześniej już je słyszałem, jak wzajemnie się nawoływali to zupełnie inna sprawa. Tak więc wlepiłem spojrzenie w pana J- coś tam, oczekując odpowiedzi i zastanawiając się czy E - strachajło jeszcze raz odważy się tu wyjrzeć.
_________________
Atuty:
* Ostry Wzrok - Wszystkie testy percepcji na polowaniu oparte na danym zmyśle mają dodatkową kość
 
 
Aedal 
Smok Ognia
nieokreślony



Stado: Ognia
Rasa: Skrajny
Księżyce: 6
Płeć: Samiec
Opiekun: Łaknienie Pożogi
Wiek: 91
Dołączyła: 29 Kwi 2020
Posty: 20
Wysłany: 2020-05-10, 11:47   
   A: S: 3| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 1| A: 4
   U: B,Pł,W: 1


    Jozin zmarszczył się z niechęcią, słysząc pyskówkę od - rzekomo - młodego smoka. Lecz skąd mógł mu wierzyć na słowo - choć takiego wprost nie było - jeśli nigdy nie widział smoka na własne oczy? Zresztą, jak to prosty chłop, porównywał je do koni, więc zarazem nie wykluczał możliwości istnienia jakiegoś karykaturalnego odpowiednika kucyków. Mężczyzna spojrzał ukradkiem na siedzącego na ziemi Elwricka, przez którego wyrośnięty jaszczur nie brał ich na poważnie, po czym westchnął bezsilnie... uświadomiwszy sobie, że wszystko znajduje się na jego barkach.
     — Zbędna jest twoja złośliwość — odwzajemnił na siłę uśmiech, siadając na rancie okna. — Dobrze, samcu... powiem ci po co nam ten chochlik. Zapłacono nam, mi i mojemu koledze, za znalezienie go dla pewnej brzydkiej pani, która go zgubiła pół księżyca temu. W skrócie, zwykła formalność, samcu.
     — Powiedz, że jak go nie zwrócimy na czas to nas wywalą z roboty! — szepnął zbyt głośno rudzielec na tyłach.
     — Sądzę, że ciebie usłyszał — burknął, poprawiając okulary: — Tak też podejrzewamy, że nie ma bata, że uciekł daleko. Wiesz, grubas, nieporadny, jak to grubas. Typowy na salony. Ma specyficzne duże oczy oraz specyficzny duży bebech. W ogóle, wygodnie to tak trzymać skrzydło?
     W tym czasie Klucha uśmiechnął się szeroko, odmrukując coś w odpowiedzi. Wydawało się, że próbował naśladować „am, am“ Obgryzionego, tym samym otwierając gębę. Spod języka coś zaczęło błyskać, podkreślając pogryziony, przemielony w połowie klucz cały w ślinie. I już... i już miał się wymienić, a kłapnął w panice szczękami, poczynając świecić spod smoczego skrzydła. Capnął w dłonie ramię adepta, spojrzał cały przestraszony na jego pysk, gdyż tył mu zaczął lewitować! Machał nogami, chcąc znaleźć gdzieś podłoże, acz unosił się jeszcze wyżej i jeszcze wyżej, jakby coś ciągnęło go siłą w górę.
     Raptem rozjaśnił się cały, świecąc mocniej od morskiej latarni.
     Elrwick pędem wyjrzał, stojąc na palcach, zaś Jozin znowu sapnął, najwidoczniej mając tego wszystkiego dość. Może tak naprawdę mu już nie zależało na tym rozrabiace, może to pora zostać woźnym... prychnął rozżalony, chowając głowę w dłoniach.
     — Czy on zjadł sproszkowane artefakty? — spytał.
     — Jozin, Jozin, o mój boże, smoku, zrób coś, ja nie chcę tracić roboty, on pęknie, damy ci wszystko, JOZIIIN, IDŹ TAM! T-tyle pieniędzy! Na marne!
     — Zjadł klucz... — zaczął wyliczać starszy z niziołków. — Zjadł artefakty... wypił mi połowę wódki... daj mi laskę, Elrwick.
     Jozin pobiegł na drugą stronę karawany i nie minęło długo aż zza pleców okularnika zaczęła kolebać się laska z kości słoniowej. Ten capnął ją jak broń, zeskoczył z okna na równe nogi i już bez obaw, w zupełności zniechęcony, zaczął podchodzić gniewnym krokiem, klnąc pod nosem.
     A Klucha zaczął tylko piszczeć, skomleć żałośnie, patrząc to na podchodzącego doręczyciela, to na nowego, łuskowatego znajomego.
Ostatnio zmieniony przez Aedal 2020-05-13, 19:34, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Obgryziony Kolec 
Adept Plagi


Stado: Plagi
Rasa: Skrajny
Księżyce: 13
Płeć: Samiec
Opiekun: Spuścizna Krwi, Poszept Nocy
Dołączyła: 06 Lut 2016
Posty: 1127
Wysłany: 2020-05-10, 22:35   
   A: S: 4| W: 2| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 2
   U: B,W,L,M,A,O,Śl,Skr,MP,MA,MO,Kż: 1
   Atuty: Ostry wzrok;


Co to za właścicielka, która gubi swojego pupila? Może nie była jedynie brzydka, jak to niezwykle subtelnie ujął niziołek, ale do tego głupia i lekkomyślna? Wtedy opis zgadzałby się idealnie z tym potworkiem, którego ukrywałem pod skrzydłem. No normalnie gdyby nie różnica płci, to pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że ciężko byłoby ich od siebie odróżnić. Żarłoczny chochlik i gruba pani - para idealna. Ten tok myślenia nie zmieniał jednak faktu, że nie do końca podobała mi się opowiedziana przez Jozina historia. Oczywiście nie miałem podstaw ani dowodów, żeby mu nie wierzyć, ale wciąż mogłem mieć na ten temat swoje zdanie, prawda? Zwłaszcza, że chochlik uciekł także od nich i drżał wtedy ze strachu, w panice oglądając się za siebie. Może źle go traktowali? Albo nie chciał wracać do tej swojej paniusi? No, albo po prostu wciąż myślał o jedzeniu. Kto go tam wie? Jednak co do jednego miałem pewność. Nie spodobał mi się ten cały Jozin. Denerwował mnie jego sposób mówienia i to jak ostentacyjnie się do mnie zwracał, jakby już przypisał mnie do jakiejś swojej kategorii. Nie dałem się jednak wyprowadzić z równowagi i jedynie dalej grzecznie się uśmiechałem, udając że nic się nie stało. Tę całą ucieczkę, poszukiwania, rzekomą złośliwość i utratę pracy skwitowałem jedynie pełnym współczucia burknięciem. Och, jacy oni biedni! Los tak niesprawiedliwie ich pokarał...
- Bardzo - odburknąłem, zapytany o własne skrzydło. Oczywiście było to kłamstwo, bo ta pozycja ani trochę mi nie odpowiadała, jednak nawet się nie zająknąłem, bo wciąż nie zdecydowałem się, co chcę zrobić. Odsłonić przed nimi chochlika? A może pociągnąć jeszcze trochę tę farsę? Nie było mi jednak dane samodzielnie podjąć tej decyzji.
Niesłyszalnie wyburczałem jakieś przekleństwo, kiedy klucz wymknął się z mojego zasięgu. A było tak blisko! Dosłownie sekunda dłużej i udałoby mi się zdobyć ten skrawek metalu! Ale zaraz, zaraz... czy Klucha świeci? I unosi się w dodatku? Nie potrafiłem ukryć swojego zdziwienia, kiedy z chochlikiem zaczęły dziać się te wszystkie dziwy. Jakim cudem? Jak? Dlaczego? Wlepiłem w Kluchę zdumione spojrzenie i nawet nie pozwoliłem sobie mrugnąć... Dopóki nie chwycił mojej łapy. To jedno działanie wybiło mnie z letargu i popchnęło do działania. Doskoczyłem do niego pospiesznie i złapałem go za nogi, ciągnąc z powrotem w kierunku podłoża. Nie pozwolę mu odlecieć. Co to, to nie! Będę go przyciągał tak długo i tak wytrwale, aż uda mi się przygwoździć go łapami do ziemi i usadowić swoje cielsko nad nim, żeby uniemożliwić mu ucieczkę. Muszę go tylko przytrzymać za grube ramiona i opleść swój ogon wokół jego bioder, sprawiając że jego lewitujące nóżki oprą się o moją pierś. Dzięki temu powinienem być w stanie utrzymać go w jednej pozycji i bezruchu. Oczywiście, jeśli moje cielsko okaże się wystarczająco duże i silne na takie zadanie. Oby tak było, bo nie zamierzałem puszczać tego brzydala. Ta dziwna przypadłość mi go nie zabierze! Nawet nie dopuszczałem do siebie takiej myśli, a zamiast tego bezceremonialnie wpakowałem mu paluchy do gęby. Już nie ważne, że mnie obślini, bo toczyłem walkę o coś ważniejszego. Pomimo tego całego zamieszania udało mi się dosłyszeć słowa niziołków, które sprawiły tylko że warknąłem poirytowany. Ratuj go, ratuj... Oczywiście najprościej tak powiedzieć, ale nie łaska powiedzieć jak, prawda? Gdybym był klerykiem i znał się na ziołach i leczeniu, to może jeszcze byłbym w stanie coś samodzielnie zdziałać. Zrobiłbym to takie dziwne, o którym raz opowiadała mi mama i wpuściłbym swoją maddarę do ciała chochlika, żeby sprawdzić co mu dolega. Nie posiadałem jednak takiej wiedzy, dlatego nie miałem żadnego pojęcia co powinienem zrobić.
- Konkrety! - krzyknąłem w kierunku Elwricka, tonem niemalże nieznoszącym sprzeciwu. Niech no tylko odważy się nie powiedzieć mi czym są te całe artefakty i jak pozbyć się tych wywoływanych przez nie efektów, a zazna mojego gniewu! A ten stopniowo we mnie narastał, kiedy zdawałem sobie sprawę, że naprawdę nie wiem co powinienem zrobić i jedyne na co mnie stać to głupie próby i błądzenie po omacku. Nie zamierzałem jednak bezczynnie czekać aż Strajachło wszystko mi wyszczeka, dlatego zrobiłem jedyną rzecz, która przyszła mi na myśl. Obślinionymi już palcami sięgnąłem po znajdujący się w gębie chochlika klucz i wyjąłem go bezceremonialnie, przy okazji wpychając pazury nieco głębiej, jakbym chciał sprowokować u istotki wymioty. Uzdrowicielem nie byłem, nie miałem pojęcia czy nie zrobię mu większej krzywdy, ani tym bardziej czy to w ogóle zadziała, zwłaszcza że efekty połkniętych przez niego przedmiotów były już widoczne, ale nie mogłem sobie pozwolić na chwilę zawahania. Przy tych wszystkich działaniach starałem się być delikatny, żeby nie przestraszyć chochlika jeszcze bardziej. Cały czas utrzymywałem też swój uśmiech, chociaż do śmiechu wcale mi nie było. Nie pozwól mu się przestraszyć, nie zaburzaj jego spokoju... i wtedy chochlik zaczął skomleć. Z gniewnym błyskiem w oku zwróciłem się w stronę zbliżającego się Jozina i obnażyłem na niego kły, dając upust nagromadzonej złości.
- Wara od mojej zabawki! - warknąłem na niego, z większą wściekłością niż początkowo zamierzałem. Jednak widząc jak zbliża się do nas z tą swoją laską jakby miał zamiar nas zaatakować nie potrafiłem się już powstrzymać. Od początku mi się nie podobał, ale byłem grzeczny i chciałem załatwić z nim sprawy jak potulna owieczka, ale on pierwszy odważył się podnieść na mnie rękę i spróbować zabrać coś co sobie przywłaszczyłem. Tak, w tej chwili zdecydowałem, że tak łatwo nie oddam im Kluchy. Nie byli godni zaufania, nie potrafili go upilnować, narazili go na niebezpieczeństwo i do tego chcieli jeszcze otrzymać za to wszystko zapłatę. Niedoczekanie!
- Nie podchodź, bo spopielę ciebie i tą twoją broń - wycharczałem swoją groźbę, instynktownie cofając łeb, co pobudziło moje gruczoły i sprawiło, że drobne obłoczki zaczęły unosić się z moich nozdrzy. Zrobiło sie też zimniej, ale nie zwróciłem na to większej uwagi, bo byłem za bardzo zaaferowany odganianiem intruza. Sugerowało to jednak, że jeśli postanowiłbym ziać, to prawdopodobnie zamiast ognia zafundowałbym mu lód. Nie mogłem jednak o tym wiedzieć, bo wcześniej nie miałem okazji korzystać ze swojego oddechu, dlatego wierzyłem że wytworzę ogień, jak mama. Cóż, głupie i naiwne myślenie, ale jakby nie patrzeć wciąż byłem młody. Ba! Dziesięć księżyców na karku nie czyniło ze mnie wojennego weterana, ale dałbym sie pokroić, że niemalże tak teraz wyglądałem. Wściekły, najeżony i buchający zimnem w twarz Jozina. Lepiej, żeby faktycznie się cofnął i dłużej nie brał mnie za kucyka, bo mogłoby się to dla niego źle skończyć!
Wbrew wszelkim przypuszczeniom miałem jeszcze na tyle rozumu, żeby nie pozwolić się zacisnąć moim szponom na ciele chochlika. Praktycznie gładziłem go opuszkiem palca, starając się sprawić, żeby poczuł się bezpiecznie. Chciałem mu pokazać, że go obronię i nie pozwolę mu zniknąć. Nie byłem do końca pewny skąd się to u mnie wzięło, ale zwaliłem to na jakąś ciemniejszą część mojej duszy, która chciała zatrzymać chochlika tylko dla siebie. Moja zabawka, której życie mogę odebrać tylko ja. Nikt inny nie ma prawa się do niej zbliżyć. Nie ma i już! Czyżby był to jakiś pokręcony wpływ maddarowej myszki z mojego dzieciństwa? Wcale bym się nie zdziwił gdyby tak było. Uspokajając chochlika, żeby przypadkiem faktycznie nie wybuchł jak to zasugerował drugi niziołek, obserwowałem ruchy Jozina, szczerze licząc na to, że porzuci swój zamysł. Starałem się nawet sięgnąć swoim umysłem do umysłu Elwricka, chcąc przekazać mu moje myśli i namówić go tym do uspokojenia swojego kamrata. Zamierzałem mu pokazać nawet odzyskany siłą klucz i ponowić prośbę o jakieś antidotum, jeśli tylko je znał. No, i jeśli w ogóle był w stanie usłyszeć moją wiadomość.
_________________
Atuty:
* Ostry Wzrok - Wszystkie testy percepcji na polowaniu oparte na danym zmyśle mają dodatkową kość
 
 
Aedal 
Smok Ognia
nieokreślony



Stado: Ognia
Rasa: Skrajny
Księżyce: 6
Płeć: Samiec
Opiekun: Łaknienie Pożogi
Wiek: 91
Dołączyła: 29 Kwi 2020
Posty: 20
Wysłany: 2020-05-13, 19:59   
   A: S: 3| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 1| A: 4
   U: B,Pł,W: 1


    Chochlik rozcapierzył w panice gębę, pochłeptując powietrze żałośnie; jego oczy nabrały kształtu piłek golfowych, błyskając niczym dwie pochodnie nadziei. Źrenice mierzyły lękliwie pysk smoka. Jego wzrok niepewnie balansował na linii oddzielającej komizm jego wygiętej w pioruńskim osłupieniu twarzy od powagi histerii, za którą stała dosadna oraz uporczywa obawa. Bezbrzeżny ocean histerii.
     I to jedyne co poprzedzało cały chaos, harmider złączony z buchnięciem o grunt, z wzmożeniem dymu, krzyków, zgrzytów oraz tupnięć. Ziemia zaczęła drżeć niespokojnie, pękać na miarę zardzewiałych łańcuchów. Skrzekot uciekających kruków. Każdy ryk zielonej połaci odbijał się echem od zawrotnej, nieogarniętej dzikości puszczy.
     Klucha bezsilnie spiął się pod cielskiem adepta, bucząc niepokaźnie. Kłapnął zębiskami za strugą własnej śliny na palcu Obgryzionego Kolca. Drugą łapę wyrzucił hen za kluczem, niemal dosięgając zguby, jednak szpony trzasnęły o źdźbła, zacieśniając się na nich - a klucz jak mieścił się między palcami Plagijczyka, tak mieścił się dalej, nietknięty. Chochlik jęknął, rozrywany przez obcą siłę. Darł się nie dlatego, że chciał, tylko, że po prostu musiał. Czuł się mielony od wewnątrz; wielkie oczy przekręcały się co chwila w oczodołach, boleśnie wydzielając łzy. Uczucie bezradności mieszało się z gniewem. Język bojkotował w gębie. Rzucał się do przodu, skakał, bił łapami wszystko na swojej drodze, rozrywając ziemię na okrągło.
     Jozin wbił z impetem laskę w ziemię, chcąc znaleźć gdziekolwiek balans. Drżące buty wcisnęły się, okulary spadły z nosa i nieomal wywrócił się niczym rozpędzony kołowrotek, chowając się w skaczącej, bufiastej koszuli. Okręcił się, łapiąc nagle wbitą jak pal laskę i podciągnął się, unikając zderzenia; a pustymi, zamglonymi oczyma wyglądał spod ciemnych kosmyków na gadzinę wzrokiem istnie morderczym.
     — Konkrety! — krzyknął za głosem Elwrick, chowając się przed upadającym stołem. Dłonie utopił w czuprynie, kulił się pod oknem. Karawana piszczała z każdym kolejnym ruchem tektonicznym, zaś Klucha rzucał łapskami dalej, brawurowo bijąc się z powietrzem. Z kolejnym szczeknięciem chochlika, rudzielec wręcz pisnął: — N-nigdy nie mieliśmy takiej sytuacji! Ale c-c-c-chyba wiem co zrobić!
     — Nic nie wiesz! — zatrąbił starszy, tuląc do piersi białą laskę. — To ja proszkowałem te artefakty, to ja wiem, co te-ten... ten... co on zjadł! To ten sam, o którym mówiłeś przedtem!
     Raptem głazy zaczęły się unosić, a wpierw wystraszony chochlik nabrał pierwotnej pewności siebie. Szczekał jak kundel, nie dawał się głaskać, ryczał okropnie, a grunt załamywał się, tworząc nowe kaniony i nowe doliny. Wokół Obgryzionego Kolca poczęły wirować kamienie oraz kawałki drzew, które tajemnicza moc wsiąknęła. Każdy fragment świszczał niezmiernie, niemal zagłuszając to, co wykrzykiwał Elwrick:
     — Nie, to nie ten artefakt! To był ten zwój! Z tego, co je-jest napisane trz-rzeba sprawić by beknął! N-niech beknie i się u-u-u-u-uspokoi!
     — Jak beknie to nas rozgromi jak elfy we mgle, debilu! — wrzasnął w odpowiedzi, po czym wyjął z pochwy wąski mieczyk, który to za laskę mu służył. Pochwa nadal cisnęła się w ziemi, a ostrze przeleciało po nasadzie ściśniętej do białości pięści: — To bożek krwi w totemie, nie czarodziejski atrybut! Trzeba dać mu posmak tego, co lubi!
     — Nie-nie-niech beknie! — krzyczał dalej jak w amoku rudzielec, gdy Klucha nadal wił się pod piersią smoka. Powtarzał siebie długo, jakoby nie chciał wiedzieć, co dalej. Jozin za to schował pędem mieczyk, po czym - ryzykując obitą mordą - wyciągnął pięść przed siebie i zrobił krok do przodu, pozostawiając wybór przemądrzałej gadzinie.
     — Już wolę umrzeć od ciebie niż od małego głodu! — przekrzykiwał harmider latających głazów, na co Klucha reagował jeszcze większym skrzekotem. — Po prostu zrób to, co dobre! Daj mu zasmakować krwi, do cholery!
Ostatnio zmieniony przez Aedal 2020-05-13, 19:59, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Obgryziony Kolec 
Adept Plagi


Stado: Plagi
Rasa: Skrajny
Księżyce: 13
Płeć: Samiec
Opiekun: Spuścizna Krwi, Poszept Nocy
Dołączyła: 06 Lut 2016
Posty: 1127
Wysłany: 2020-05-14, 16:48   
   A: S: 4| W: 2| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 2
   U: B,W,L,M,A,O,Śl,Skr,MP,MA,MO,Kż: 1
   Atuty: Ostry wzrok;


Serce zabiło mi mocniej, kruki wykrakały swoją czarną przepowiednie...
Pierwsze drżenia ziemi umknęły mojej uwadze, jednak gdy zaczęły się nasilać zrozumiałem, że coś jest nie tak. Przyglądałem się pękającym głazom, niemal czując jak podłoże ucieka mi spod łap. Drżąc z wysiłku, spiąłem mięśnie, żeby być w stanie ustać. Nie rozumiałem co tu się dzieje. Obserwowałem otoczenie, niemalże nie rejestrując, że znajduję się wśród tego całego harmidru. To co tu się działo przechodziło moje najśmielsze wyobrażenia. Świecenie i lewitowanie to naprawdę nie wystarczająco? Czemu nagle ktoś wplątał w to naturę! Byłem gotowy walczyć. Mógłbym wbijać pazury, szarpać kłami, ziać do utraty tchu... ale to nie miało sensu. Nie ważne jak bardzo chciałbym trafić, wiedziałem że natury nie pokonam. Ona jedna nie miała fizycznej postaci, której można by było zadać ból i zmusić do omdlenia. A jednak teraz coś kazało jej działać. Jakaś cholerna siła, ukryta w małym ciałku, które tak usilnie przyciskałem do ziemi. Czułem, że ta moc bije od niego. Tylko tej jednej rzeczy mogłem być teraz pewny. A więc to wszystko przez zwykłego chochlika. Przez jedną głupią istotę, która wsadziła do gęby coś, czego nie powinna...
A ta istota cała drżała. Dygotała ze strachu, zerkając na mnie szklistymi oczami. Ten widok pobudzał mój gniew. Ta wygięta w bólu twarzyczka, sprawiała że traciłem rozum. Nie mogłem się skupić, nie nadążałem za tym co się dzieje. Wszystkie wyuczone umiejętności umknęły gdzieś na skraj umysłu, pozwalając działać dzikszym instynktom. A więc ściskałem. Trzymałem z całej siły, nie pozwalając mu się wyrwać. On się wymigiwał, krzyczał, szarpał co popadnie... A ja przyjmowałem te wszystkie razy, nie zamierzając cofnąć się nawet o krok. Choćby pękła pod nami skała, wciąż będę zaciskał szpony na jego grubych ramionach, nie potrafiąc odpuścić. Nie wiedziałem ile granic będę musiał przejść, ale zamierzałem przeskoczyć je wszystkie jednym susem. Coś takiego mnie nie pokona! Zwłaszcza, że wśród tego całego chaosu udało mi się odnieść choć jedno małe zwycięstwo - klucz był mój.
Elwrick i Jozin. Jozin i Elwrick. Słuchałem ich naprzemiennie, głupiejąc z każdym ich kolejnym słowem. Odtwarzałem ich rozmowę w umyśle, niczym mantrę, próbując wyłapać z niej coś istotnego. Byłem jednak zbyt niespokojny, żeby móc na spokojnie to przemyśleć. Ba! Wręcz nie miałem na to czasu! Chochlik rzucał się jak oszalały, ziemia się trzęsła, zwierzęta uciekały, niziołek się zbliżał... Niemal namacalnie czułem jak czas przecieka mi przez palce. Tu nie było chwili na długie debaty i wymianę argumentów. Ich bezsensowne słowa mieszały się w mojej świadomości, nie mogąc ułożyć się w żadne logiczne rozwiązanie. Tu nie było jednej odpowiedzi. Tu trzeba było dokonać wyboru. Podjąć jedną szybką decyzję, która zaważy na naszym losie. Chaotycznie wciągnąłem powietrze, czując jak to wszystko mnie przytłacza. Kto śmiał zrzucić ten problem na barki takiego młodzika! Mogłem brzmieć na pewnego siebie smoka nie zamierzającego cofać się przed niczym, ale brak mi było wiedzy i doświadczenia, tak potrzebnych w chwilach zawahania. Jednak rzucono mi wyzwanie. A ja nie zamierzałem dać się pokonać. Nie przegram, choćbym miał poświęcić połowę lasu dla swoich celów, działając pod wpływem własnych zachcianek i dziecięcych impulsów! Nie ważne co się działo, to i tak była moja gra! Ja ustalam zasady i nikt nie ma prawa mi przeszkodzić...
- Wara.. - zacząłem, ale urwałem w połowie zdania, czując zapach krwi. Zwróciłem się w stronę Jozina, obserwując jak ciepła posoka spływa z jego nadgarstka. A potem zaśmiałem się głucho, słysząc jego słowa. Woli umrzeć z mojej ręki? Naprawdę jest gotowy zdechnąć! Mój pysk wygiął się w okrutnych uśmiechu, ukazując jak bardzo spodobała mi się ta propozycja. Tak, och, choćby zaraz!
- Jeśli moja zabawka się zepsuje... - zacząłem niskim tonem, delikatnie sięgając po rękę niziołka. Niemal czule objąłem ją zimnymi palcami, gładząc jego skórę. Przyciągnąłem go bliżej, zniżając łeb i zerkając na niego z dołu. Przez tę krótką chwilę Jozin górował nade mną, mając idealny widok na moje chore spojrzenie i dziki uśmiech. A potem schyliłem się jeszcze bardziej, dając mu nadzieję na spełnienie jego prośby. Jego krew niemal już skapnęła do gęby chochlika, kiedy poczuł nieprzyjemne szczypanie. Najpewniej cały się spiął, kiedy ja sam, z radosnym pomrukiem, zlizałem posokę z jego rany! Mój czarny jęzor zabarwił się czerwienią, a całe jego poświęcenie zniknęło w mojej paszczy - ...będziesz pierwszym, którego rozszarpię! - dokończyłem, odpychając jego dłoń z obrzydzeniem. Niegodna, zepsuta posoka, ale jak cudownie smakowała! Niemal chichocząc złośliwie, rzuciłem się w kierunku chochlika, chwytając go za ramię i przyciągając do siebie. Gdy tylko zetknął się z moją piersią, przysiadłem na piętach, obejmując go czule i mocno klepnąłem go po plecach. Niech beka! Niech beka, a ja niech ujrzę przerażoną twarz Jozina, przekonanego że nadchodzi najgorsze!
Bo jak coś jest moje, to jest moje do końca i niech każda cholerna istota to zapamięta!
_________________
Atuty:
* Ostry Wzrok - Wszystkie testy percepcji na polowaniu oparte na danym zmyśle mają dodatkową kość
 
 
Aedal 
Smok Ognia
nieokreślony



Stado: Ognia
Rasa: Skrajny
Księżyce: 6
Płeć: Samiec
Opiekun: Łaknienie Pożogi
Wiek: 91
Dołączyła: 29 Kwi 2020
Posty: 20
Wysłany: 2020-05-19, 00:51   
   A: S: 3| W: 1| Z: 1| M: 1| P: 1| A: 4
   U: B,Pł,W: 1


    Rozedrgana, poczerwieniała pięść ścisnęła się jeszcze mocniej, jak gdyby chcąc wykrztusić z siebie każdą kroplę krwi. Oczy Jozina zabłysły jak znicze, pijackie usta rozdziawiły się w grymasie pełnym zawadiackiej, nieograniczonej pewności i znikomej wręcz radości tego, że to już koniec. Już miał zmrużyć oczy, odetchnąć z ulgą; ino zapomnieć o krzykach, które odbijały się już echem o tępe, ciągłe piski w głowie ze zmęczenia. Nieomal ten wpół senny grymas zamienił się w uśmiech - aż nagle Jozin wybałuszył z lękiem oczy, czując jak każdy plaster szynki i każdy kawał chleba cofa mu się leniwie do gardła. Język przejechał po jego ranie. Gad go lizał. Smakował. Kosztował. Niziołek skręcał się od środka. To nie było najważniejsze. Najważniejsze było to, że duch mu ulatywał z płuc. Jozin charkał jak najęty, próbując złapać powietrze. W ciągu jednej sekundy ustał między rzeczywistością a chaosem. Twarzą w twarz ze smokiem, bokiem w bok do fruwających kamieni i zarazem ustał w centrum rozrywających się w strzępy traw.
     Spojrzał pokątnie w dół. Kropla skapnęła głucho w bezdenną wyrwę.
     — Zabiłeś nas wszystkich — wycedził przez zęby. Upadł po chwili, puszczony w łaskę losu. Capnął pędem wbitą laskę. Dłonie zacisnęły się do białości. Próbował podnieść ciało z ziemi. To na nic. Spojrzał raz jeszcze w stronę Elwricka buszującego w firanach. Może coś do niego mówił. Może krzyczał, może milczał. Może, wręcz, płakał. Wszystko może. Nie było pewności. Nie było widoku. Tylko nieokiełznany krzyk. Wir żywiołu. Latająca zieleń i każdy odcień brązu. Bolesne łkanie chochlika złapanego za ramię. Nic nie mogło przedrzeć się przez nienaturalne odgłosy Kluchy. Jego głos rozdarł się na dwa kolejne tony i nieujarzmiona kakofonia zagłuszała wszystko wokół. Nie szczędziła nikogo.
     Jozin spojrzał kątem oka na Obgryzionego Kolca... z bezsprzecznym odczuciem wyższości.
     Elwrick piszczał w oknie.
     Oczy Kluchy wywlokły się na drugą stronę. Pierś napęczniała. Nogi kładły się bezsilnie na obolałe kolana. Szyja stała się obrożą dla malutkiej głowy, chowającej się w narastającym tłuszczu. Nie mógł się ruszyć. Ból wypełniał jego każdy organ. Skóra prześwitywała. Każda kość nakładała cień na jego ciało. Żyły lśniły jak złote nitki. Przełyk wyglądał jak metaliczna rura wśród abstrakcyjnej rzeźby od niestabilnego psychicznie artysty. Sam dotyk bolał. Wił się pod trzymającym go adeptem.
     Za łuną światła przecisnął się Jozin, który to... wdrapywał się resztkami sił na karawanę. Konie ryczały od dawna, chcąc uciec w panice. Podążyć za krukami, których już nie było. Elwrick podał mu dłoń.
     Długi pisk. Skrzek.
     Całkowita cisza.
     Całkowita biel.
     Kto ogłuchł?
     Bo co było ważniejsze - dobra płaca czy reszta życia, nawet jeśli w biedzie? Co było ważniejsze; pochopna decyzja w imię własnej zachłanności czy kolejny oddech? Czy taka gruba żonka była warta zachodu? Śmierci nie dość, że dwóch niziołków to i smoka? Nie lepiej zniwelować straty? Co było stratne? Czy Plagijczyk jeszcze żył? Dlaczego nic nie widać? Dlaczego tylko biel? Co czekało za bramą nieskończonego światła? Boleści tak wielkiej, że już niesłyszalnej? Czy warto było? Mało życia za sobą, a to miało być już... wszystko. Nic więcej. Zero horyzontów, zero dni, zero odczuć. Zero dotyku. Zero siebie. Czy został rozerwany? Czy moc sprawiła, że nie wybuchł tylko Klucha, a Griiraseoth?
     Wystarczyło mrugnąć. Byli razem, nadal żywi, na pobojowisku. Oni sami. Wszystko uciekło. Ta cisza - beknięcie. Beknął. Elwrick, gdziekolwiek teraz gnał nietrzeźwy, cokolwiek musiał zrobić by nie stracić pracy i wytłumaczyć to, co zaszło... miał rację. Kim byli, że pomimo powagi zostawili nafaszerowanego artefaktami chochlika w tyle? Czy kłamali? Czy mówili prawdę? Ale gdzie klucz? Czy spopelił się w łapie? Dużo gałęzi wokół było spopielonych, więc miałoby to sens. Klucha także go nie jadł; ten osunął się w sen, tryskając śliną z gęby.
     Spał jak gdyby nigdy nic. A świat wokół dyszał, ledwo żywy. Drzewa skruszone niczym wykałaczki, wygięte jak palemki, ziemia spulchniona, wyrwana z korzeni... kamienie porozrzucane w każdą stronę świata. Coś z tego grubego chochlika biło nadal, nadal był jaśniejszy niż przedtem; jego zielona skóra zamieniła się w pobłyskujący odcień limonki, a palce dymiły się niezgrabnie.
     Dłoń chochlika zacisnęła się poufnie na palcu smoka.
     Pierwotna moc tego, co zjadł, anormalna wiedza skryta w drapieżnym umyśle... och, nie będzie miała przyszłości w jego dyszącym ciałku. Bo choć głodni zmieniają oblicze ziemi, sam głód ambicji wiele nie ma - złapie wszystko na swojej drodze by się zadowolić. I najwyraźniej mógł się zadowolić, łapiąc Obgryzionego za łapę. Niezależnie na jak długi czas.

    nagrody za mini-misję „Mały Głód“:
    Kompan typu II - magiczny chochlik - o możliwości nauki mp/ma/mo po spełnieniu wymagań wiekowych!
Ostatnio zmieniony przez Aedal 2020-05-19, 10:11, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
Obgryziony Kolec 
Adept Plagi


Stado: Plagi
Rasa: Skrajny
Księżyce: 13
Płeć: Samiec
Opiekun: Spuścizna Krwi, Poszept Nocy
Dołączyła: 06 Lut 2016
Posty: 1127
Wysłany: 2020-05-20, 18:35   
   A: S: 4| W: 2| Z: 1| M: 1| P: 3| A: 2
   U: B,W,L,M,A,O,Śl,Skr,MP,MA,MO,Kż: 1
   Atuty: Ostry wzrok;


Oszalały uśmiech rozjaśnił moje ślepia, gdy tylko dostrzegłem reakcję Jozina. Tak bardzo podobał mi się jego widok! Ta krótka ulotna chwila, kiedy jego błogie spojrzenie zmieniło się w grymas przerażenia. Czułem jak niemal krztusi się własnym strachem i sprawiało mi to tak ogromną przyjemność, że aż sam byłem zaskoczony własnym chorym rozumowaniem! Łapczywie przyglądałem się jego reakcji - wszystkim drgającym mięśniom, niespokojnym spojrzeniom i uciekającym oddechom. Nie chciałem przegapić choćby chwili z tego cudownego przedstawienia, które się przede mną rozgrywało. Byłem jednocześnie widzem i twórcą! Świadomość, że to wszystko działo się dzięki mojej decyzji napełniało mnie tak wielką satysfakcją, że z każdą chwilą chciałem więcej. Gdyby tak zmusić go do histerii? Płaczu? Ryku? Wycisnąć z niego wszystkie zmysły, a potem porzucić go jako puste naczynie bez żadnego celu? Uczynić z niego jedynie pochlipujące cicho ciało, cały czas odtwarzające w kółko te same wydarzenia, które tak doszczętnie go zniszczyły?
- Z przyjemnością - wymruczałem cicho, niemal zalotnie, słysząc jego ostatni desperacki szept. A potem patrzyłem jak upada, nie mogąc przestać szczycić się swoim osiągnięciem. Ten zarozumiały i wszystkowiedzący niziołek prawdziwie wierzył w swoją rację, a ja jednym ruchem zmiażdżyłem wszystko, nie pozostawiając mu żadnej możliwości odwrotu. Zawierzył życie w moje łapy, a teraz cierpiał, wierząc że je straci. To uczucie władzy mąciło mi we łbie, razem z jego krwią, której posmak wciąż czułem na języku. Wyjątkowo przyjemny stan.
Chyba zobaczyłem już zbyt dużo, żeby zdziwić się jeszcze bardziej, dlatego widok tego, co zaczęło dziać się z ciałem chochlika nieszczególnie mnie ruszył. Przeżyłem lewitowanie, świecenie i naginanie woli natury, więc na prześwitującą skórę i złote żyły patrzyłem już z innej perspektywy. Obserwowałem jak Klucha wywija się z bólu, myśląc tylko o tym jak fascynująco od wewnątrz wygląda jego ciało. No, przynajmniej dopóki nie nadeszły wrzaski. Skrzywiłem się nieznacznie pod wpływem zbyt głośnego dźwięku i wodząc wzrokiem za niziołkiem, oczekiwałem jego kolejnego grymasu. Ten jednak nie nadszedł.
- Tchórze - wydukałem jedynie, widząc jak ładują się do karawany i odjeżdżają wraz z rżeniem koni. Byli zbyt słabi by wytrwać do końca, dlatego woleli porzucić swoją zapłatę i uciec z podkulonym ogonem. Zaśmiałem się krótko, nim nadeszła niespodzianka.
Biel. Ten jeden kolor otaczał mnie z każdej strony, wróżąc najgorsze. Nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Nawet wszelkie inne odczucia gdzieś zniknęły, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami. Powinienem być przerażony. Wiedziałem o tym, a jednak nie potrafiłem się do tego zmusić. Byłem zbyt szczęśliwy, zbyt pewny swojej decyzji i tego, że ja tu ustalam zasady, żeby upaść tak nisko. Nie umiałem uznać własnej porażki, dlatego ślepo wierzyłem, że mimo wszystko wygrałem. Nie dopuszczałem do siebie innej myśli, wmawiając sobie, że cała ta sytuacja działa na moją korzyść. Jeszcze kilka świszczących oddechów, niewiele sekund i wszystko wróci do normy. Świat na nowo stanie się normalny, a ja będę mógł grzecznie wrócić do matki, ojca i rodzeństwa z intrygującą historią do opowiedzenia. Tak będzie. Nie ma innej opcji. Tak będzie. Prawda?
Beknięcie. Mrugnięcie. I wszystko zniknęło.
Chwila. Naprawdę tylko tyle to trwało? Łapczywie złapałem powietrze, kiedy dookoła mnie pojawiły się kolorowe plamy. Nie od razu mogłem rozpoznać kształty, rozróżnić zapachy czy usłyszeć nadchodzące z oddali dźwięki. Moje zmysły musiały na nowo przyzwyczaić się do otaczającego mnie świata. Spalone drzewa. Porozrzucane kamienie. Popękana ziemia. Prawdziwe pobojowisko. A wśród tego wszystkiego ja. Żywy. Zwycięski. Niepokonany. A do tego z wciąż dychającym chochlikiem u boku. I kto miał rację? No kto? Ja! I teraz nikt nie miał prawa mi tego odmówić, zwłaszcza że zgarnąłem wszystko, czego sobie zażyczyłem! A tych dwunogów kiedyś odnajdę i wepchnę im pazury do gardła, żeby bardzo wyraźnie odczuli, że nie udało im się wysłać mnie do krainy zmarłych. To mogę im obiecać!
Musiało minąć naprawdę dużo czasu nim opuściło mnie całe napięcie. Nagromadzone uczucia znikały z mojego ciała, pozwalając dojść do głosu nadszarpniętym zmysłom. Gniew i triumf rozpływały się powoli, a ja siedziałem tam długo, porządkując w ciszy to co zaszło i próbując zebrać się na nowo. Uśmiech wrócił ostatni. Razem z łagodniejszym błyskiem w ślepiach. Codzienny ja w końcu odnalazł swoje miejsce, a wraz z nim przybyło zmęczenie i głupi głos rozsądku, upominający moje sumienie. Odepchnąłem go delikatnie, pozwalając sobie opaść miękko na ziemię tuż obok śpiącego chochlika, którego opiekuńczo przykryłem skrzydłem.
- Mój - wymruczałem cicho i łagodnie, z sennym uśmiechem na pysku. Przymknąłem delikatnie oczy, unosząc łapę i kierując ją w stronę Kluchy. Całkiem szybko zbliżyłem swój palec do jego policzka i szturchnąłem go pazurem, obserwując jak ten zapada się w tłuszczyku.
A więc to koniec. Teraz nikt mi go nie odbierze. Niech nawet nie próbują. Będę mógł się bawić i chwalić do woli, aż to mi się znudzi... a skoro tak to nie ma się czym martwić. Te ostatnie myśli nie zniknęły, kiedy zapadłem w sen wśród resztek chaosu. Dwie różne sylwetki zniknęły stąd dopiero po zmroku, kierując się w sobie tylko znanym kierunku.

/zt
_________________
Atuty:
* Ostry Wzrok - Wszystkie testy percepcji na polowaniu oparte na danym zmyśle mają dodatkową kość
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Style WoW created by Matti and modified by Przyproszona Biela.

Forum © Naomi (2006-2019).
Images and art are © to their creators.
Dragon emoticons © J-C.
Never copy anything without permission!



Wymiana bannerami: KLIK!

DH
SnM


Strona wygenerowana w 0,28 sekundy. Zapytań do SQL: 15